wtorek, 7 stycznia 2014

Wsi mechanizacya, cz. I

Czas znów coś wstawić. Będzie to moje drugie opowiadanie, ale właściwie o wiele lepsze od tego pierwszego (przynajmniej tak mi się wydaje), zwłaszcza że dość niedawno je poprawiałem i przerabiałem w niektórych miejscach, powstało w styczniu 2010, czyli około pół roku po pierwszym. Również dzięki temu opowiadaniu byłem laureatem konkursu literackiego - XX edycji Krajobrazów Słowa, zostałem wyróżniony. Swoją drogą, w tym roku też wysłałem coś na ten konkurs. Kto wie, może znów coś się uda?

Wstawiam na razie tylko jedną część, żeby było trochę dramatyzmu.
Zapraszam do czytania i miłej lektury życzę!



Tymon siedział w karczmie, sącząc leniwie „cud-miód” - piwo z tutejszego menu. To było całkiem miłe popołudnie - wokół było słychać wesoły gwar jego współziomków, którzy śmiali się i rozmawiali o swoich prostych sprawach. Karczmarz, nazywany przez miejscowych Baryłą, biegał szybko między stolikami i usługiwał gościom jadłem oraz trunkami. Na ten przydomek zasłużył sobie dzięki figurze, jaką wyrzeźbił testując towary, którymi raczył swoich klientów.
Nagle chłopi usłyszeli dochodzące z zewnątrz stukanie - znak, że ktoś przybijał do drzwi jakieś obwieszczenie.
- Pewniakiem znowu siorbiela przysyłają, psia ich jucha! - odezwał się jeden z chłopów.
„Siorbielem” chłopi pogardliwie nazywali poborcę podatkowego, który odwiedzał ich wioskę regularnie, co kilka miesięcy.
- Oj, nie ma zmiłunku dla biednej ludności wiejskiej na tym świecie… - powiedział ktoś z żałością.
- A najwięcej ze mnie zedrą, bo wiedzą, że większość swojego dobytku u mnie zostawiata, głupie nie są - dodał Baryła. - Trzeba zobaczyć, kiedy ten kat nadejdzie.
Człowiek ten, będąc młodym, podróżował co nieco po świecie i pracował w kilku miastach jako kupiec, toteż jedyny z całej wsi, poza magiem Ongusem oczywiście, posiadł umiejętność czytania. Wyszedł więc z karczmy, by odczytać niezrozumiałe dla reszty chłopów skomplikowane znaczki.
W końcu Baryła zajrzał do środka i zawołał:
- Chłopy, chodźta tu! Sto razy nie będę gadał! - nie mówił bynajmniej ze złością, czy rozczarowaniem, ale wręcz przeciwnie. Wszyscy poczęli wychodzić z karczmy, choć niektórym udawało się to nieco gorzej po kilku kubełkach. Baryła odchrząknął i zaczął czytać:
- „VORAN FACHMAN, którego wynalazki w całem Karhum a i jechcze dalej som znane, odwiedzi tom wioske wras z czeladnikami jego, by technologiom ułatwić żywot poćciwym chłopom.”
- A na co nam on… - odezwał się któryś z chłopów.
- Słyszał przecie, żywot nam chce ułatwić - odpowiedział inny.
- Znaczy… co będzie robić?
- Pomagać będzie, ot co! - zniecierpliwił się Baryła. - Przygotujcie ino pieniądza, bo takie pomoce zawsze kosztują!
- Iiitam! - machnął ręką Tymon. - Stary, dobry Ongus za darmo usługuje nam.
- Wogóleście niepostępowi… - pokręcił głową Baryła i poszedł do szynku.
Wkrótce potem również chłopi weszli do środka i kontynuowali biesiadę.

***
Nazajutrz bolała go głowa, a ciało nie chciało się poddać jego woli i wyjść z siennika. Pożałował w jednym momencie swojej ciekawości i uległości, gdy poprzedniego wieczoru Baryła wyciągnął znienacka gąsior świeżo przygotowanej okowity, żarliwie zapewniając, że wchodzi gładko i daje żyć dzień po biesiadzie. Owszem, z tą gładkością nie oszukiwał, ale, czego dowiódł Tymon na własnym przykładzie, drugiej obietnicy nie warto było do końca ufać.
Przetoczył się na brzuch - wszak zawsze to łatwiej podnieść się na czworaka, a potem wstać, co zresztą uczynił. Pomyślał, że w krytycznym przypadku, a w takim był teraz, należało oddać się działaniu sił wyższych. Postanowił więc udać się do Ongusa.
Zaraz po wyjściu z domu zobaczył dziadzia siedziącego, jak zwykle, na ławeczce pod płotem.
- Choryś pewno, a? - przywitał wnuka. - Musi popili wczoraj zdrowo, pół nocy słychać było, jakoście się po cichu odprowadzali do chałup.
- Oj, przydarzyło się - mruknął Tymon. - Idę ku czarownikowi, niech uzdrowi...
Dziadzio kiwnął tylko głową, nie odrzekł nic.
Podróż do maga była torturą - słońce prażyło niemiłosiernie, codzienny gwar był głośniejszy niż zwykle, a schodów w wieży wydawało się więcej. Wkrótce jednak Tymon osiągnął cel. Powitał Ongusa krzątającego się w środku i opowiedział mu o swych dolegliwościach. Mag ze złośliwym uśmiechem podał chłopu do wypicia wywar z ziół. Choć gorzki smak przyprawił Tymona o grymas, od razu poczuł się lepiej, stał się chętny do rozmowy.
- Udała się wczoraj biesiada, co? - uprzedził go Ongus.
- Ano… - odpowiedział chłop. - Słyszałeś nowinę?
- Ha! Pewnie znów komuś Mućka się ocieliła!
- Widzę, żeś ty ździebko nietutejszy…
- O, to mówisz, że coś się dzieje? Opowiadaj! - Zaciekawiony Ongus usiadł przy stole, zaprosił naprzeciwko Tymona.
- Na razie się nie dzieje, ale chyba dopiero będzie… - zaczął zagakowo Tymon. - Jakieś technologi mają do naszej wioski zajechać. Będą chłopom pomagać, przynajmniej tak mówią.
- A to ci… - powiedział wyraźnie zaniepokojony Ongus. - technologi mówisz…
- No tak. A ty coś tak sposępniał?
- Bo widzisz… Technologia i magia to trochę inne, rzekłbym nawet przeciwne dziedziny. Ich przedstawiciele nie darzą się sympatią, a jak pewnie wiesz, ja param się trochę magią.
- Takie buty - zrozumiał Tymon. - To co ty chcesz im zrobić?
- Na razie po prostu będę ich obserwował. Jeżeli zauważę coś podejrzanego, zareaguję - zapowiedział Ongus, uderzając pięścią w stół. Tymon z niepokojem spostrzegł, że w tym momencie po blacie rozsypały się iskry - mag wpadał w złość.
- Dobra, to ja już se pójdę, bo roboty mam od groma. Dzięki za miksturę. Bywaj!

***
Mijały dni, a tajemniczy handlarz nie przybywał. Tymon ani myślał się tym przejmować, miał i bez tego dużo zajęć. Przedwiosenne roztopy prawie całkowicie już wsiąkły w coraz mniej zmarzniętą ziemię. Trzeba mu więc było - a i nie tylko jemu, bo przecież każdy miał jakiś kawałek poletka - zabrać się za oranie. A że zawsze to w grupie szybciej, weselej i mniej męcząco, to nikt sam nie robił, ale zbierał sąsiadów i pracowali razem. Najpierw u jednego, później u innego. O technologów nie było trzeba się martwić, niezauważeni w siole długo by nie zostali - plotki rozprzestrzeniały się szybciej, niż ktokolwiek zdążył rozważyć ich prawdziwość.Tymon wraz z innymi mieszkańcami wioski orali swe pola pod wysiew. Odbywało się to na zasadzie wzajemnej pomocy - chłopi pożyczali sobie pługi, których było niewiele i pracowali razem - w kupie siła. Tymon wiedział, że mimo natłoku zajęć i potrzeby poświęcenia im większości uwagi dowie się o przyjeździe technologa - plotki we wsi rozprzestrzeniały się szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby rozważyć ich prawdziwość.
Zdarzyło się jednak, że Tymon miał okazję widzieć przybyszy i powitać ich jako jeden z pierwszych. Wraz z dwoma sąsiadami wybierał się na pole po przerwie na obiad, gdy ich zobaczył. Drogą powoli sunął wysoki na trzy sążnie wóz przykryty szarą plandeką. Na miejscu woźnicy siedzieli trzej niscy mężczyźni. Wszyscy mieli czarne, długie brody i byli odziani w skórzane kombinezony z mnóstwem pasków i kieszeni.
- Patrzajta chłopy, zjawili się w końcu! - zakomunikował Tymon i wszyscy natychmiast oderwali się od pracy.
- O! - odezwał się któryś. - Widać, że z daleka jadą.
- Jakieś niskie te technologi… I grube jakby - rzekł ktoś inny.
- Zarabiają na tym ustrojstwie dużo, to i pewnie jedzą sporo.
I tak trwała ta ciekawa rozmowa, a tymczasem wóz dojeżdżał do chatki Tymona.
- Witajcie, mości panowie! - pozdrowił chłopów życzliwie ten siedzący pośrodku. - Zakładam, żeście słyszeli już o Voranie?
- Ano, cuś nam wpadło w ucho… - rzekł Tymon lustrując go wzrokiem. Nie do końca ufał tej zbytniej uprzejmości, zwłaszcza po rozmowie z Ongusem sprzed kilku dni.
- Oto dla was specjalnie szykujemy dziwy, jakich dotenczas nigdyście nie widzieli!
- A coś pan tego taki pewny, a? - zapytał z przekąsem Tymon.
- A, tak się domyślam, że pewno będzie to dla was nowość - nie stracił fasonu handlarz.
- Obaczymy...
- Zapraszamy wkrótce na otwarcie naszego skromnego kramiku. -odkrzyknął brodacz na ostatek i wóz potoczył się dalej w poszukiwaniu wolnego areału na stragan.
- Co o nich myślita? - zapytał Tymon pozostałych.
- I… tam, zrobią z siebie pajacy, czasu zmitrężą i pojadą.
- Toż można zobaczyć, co tam ciekawego mają.
- To co, popatrzym, jak się rozkładają?
- Toż możem - zgodzili się jednogłośnie, odłożyli swą pracę. Ruszyli w kierunku wozu, który właśnie zatrzymał się kilka chałup za karczmą. Wokół niego zgromadziło się już kilka osób, z zaciekawieniem obserwujących rozkładanie namiotu i straganu.
Po kilku kwadransach trzej technolodzy zakończyli swą pracę. Odwrócili się od tłumu gapiów i bez słowa wyjaśnienia zamknęli się w swojej kwaterze. Rozczarowani chłopi postali jeszcze chwilę, po czym zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć.
Tymon, skończywszy oranie wraz z jego współpracownikami, udał się do wieży Ongusa, by zrelacjonować przebieg wydarzeń związanych z przyjazdem nieznajomych.
Mag, siedzący w wygodnym fotelu i czytający księgę, nie zwrócił nawet uwagi na przyjście gościa.
- Dobry! - przywitał go Tymon.
- A! Witaj - odpowiedział Ongus. - Co cię do mnie sprowadza?
- Przyjechali w końcu.
- Kto taki?
- No te technologi! - zniecierpliwił się Tymon. - Ty powinieneś częściej z tej wieży wychodzić.
- Ach, faktycznie! Opowiadaj.
- No to tak… Przyjechali se, przywitali się, rozłożyli kramik i poszli chyba spać.
- Cóż za bogata w szczegóły opowieść! - zadrwił Ongus. - A może mógłbyś rozwinąć ją ponad to, czego już się domyśliłem?
- Eee… No nie wiem… Mieli duży wóz… ze jakieś dwie sążnie wysokości, rozbili straganik koło karczmy. Śmy tam sępili i się gapili, a oni chamy nawet nam nie powiedzieli, że dzisiaj nic nie będzie - zbulwersował się Tymon. - Jest ich trzech, wszyscy z brodami. Trza powiedzieć, że grubi są i jacyś tacy niscy, nie wiedzieć czemu.
- Ha! To akurat nie jest dziwne - uśmiechnął się Ongus.
- Właściwie to żeśmy myśleli, że może oni tak się dorobili na tej technologii, to i jedzą dużo…
- Oj, chłopy, chłopy! - westchnął Ongus. - Toż to krasnoludy, dlatego tak wyglądają!
To zdanie zbiło Tymona z tropu - zamilkł na parę ładnych chwil.
- Jak słyszysz coś o technologii, to prawie na pewno stoi za tym krasnolud - dodał Ongus.
- Ta nasza wioska… - zaczął Tymon - to chyba tylko ociupinka świata całego.
W jego mniemaniu krasnoludy, a właściwie krasnoludki, były to stworzenia wydobywające ze skał głębokich - a czasem biednym ludziom podrzucające - szlachetne a drogie kamienie. Do innych ich zajęć należało jakoby pomaganie gospodyniom w obejściu, ułatwianie żywota chłopom i podkarmianie inwentarza lub odwrotnie, psocenie na szkodę poczciwcom. Wszystko oczywiście miały robić po kryjomu, Tymon więc nie miał okazji żadnego ujrzeć.
- Nawet nie wiesz, jak mała! - westchnął Ongus. - Jeszcze dużo masz do oglądania.
- Ja? A gdzie tam! Za stary jestem na to oglądanie.
- Ha! Co ty wiesz o starości? Ile ty w ogóle masz lat?
- Będzie trochę więcej jak trzydzieści wiosenek na karku… - zamyślił się Tymon. - Trzy, czy cztery… - powiedział, na co Ongus roześmiał się.
- Oj, głupiś ty jeszcze i młodziutki… Dobra, idź już do domu, a jutro zobaczymy, co te krasnale wymodzą.
- A ty ile masz lat, że tak śmiejesz się, co? - zaprotestował Tymon.
- Więcej, niż możesz sobie wyobrazić… - odparł tajemniczo Ongus. - Idź już.
-No dobra, jak mnie wyganiasz, to idę.
Następnego dnia, z samego rana tłum chłopów znów ustawił się wokół straganu. Tak bardzo zżerała ich ciekawość, że wybaczyli krasnoludom ich wczorajszą nieuprzejmość. I Tymon przyszedł na pokaz; w myślach przed sobą samym tłumaczył się, że tylko celem zwiadu, przebadania, co przybyli planują. Choć przyznać się nie chciał, też był ciekaw rozmaitych wynalazków. Próbował nawet zachęcić dziadzia, by też przyszedł, lecz ten odmówił kategorycznie, powołując się na swój wiek i narzekając, że drzewiej było lepiej, człowiek sam wszystko robił, ogiera tylko czasem do roboty zaciągnął, a nie bawił się jakimiś głupimi zabawkami, które wartość pracy i chleba zmniejszają.
Tymon, rozejrzawszy się po tłumie zebranych, chcąc dowiedzieć się, kto znajomy przyszedł, zauważył obcego starca. Był odziany, podobnie jak reszta, w ubranie chłopskie - szary kubrak, lniane spodnie i skórzaną kamizelkę. Tymonowi wydało się one jednak dziwnie nowe, bez żadnych śladów pracy. Przyglądał się przybyszowi, w którym poznał po kilku minutach Ongusa. Podszedł do niego, przeciskając się przez tłum.
- Trudno cię było poznać z daleka w takich łachach - zagadał. - Po coś się tak przyodział?
- Wtapiam się w otoczenie. Kamuflaż, mój drogi! - odpowiedział Ongus. - Mogłeś oddać je molom na pożarcie, czy cuś… Widać, że nowe to i tylko na pokaz.
- Dobra, nie zrzędź, może się nikt nie zorientuje - przerwał mu Ongus.
- Toż ja już cię poznałem.
- Cicho już, bo mnie zdemaskują…
- Co zrobią?
- Cicho, mówię! - zdenerwował się w końcu Ongus.
Mimo gorączkowej rozmowy Ongusa z Tymonem i pomruków w tłumie pozostałych chłopów krasnoludy systematycznie rozstawiały swój kramik. W końcu wszystko było już gotowe i jeden z technologów, ten który dzień wcześniej powitał Tymona , wystąpił do tłumu .
- Witajcie, prości ludzie! - zaczął. - Jestem Voran, a oto moi czeladnicy.
- Wskazał ręką dwóch stojących z tyłu krasnoludów. - Zgodnie z obietnicą przybyliśmy do tej wioski, by pomóc wam troszkę w waszym ciężkim nieraz żywocie. Będziemy to robić z pomocą technologii, która jest najpiękniejszą dziedziną życia.
- Gówno prawda... - zaklął pod nosem Ongus.
Kilka głów odwróciło się, by skarcić go wzrokiem.
- Zaczniemy od prezentacji paru naszych wynalazków - kontynuował Voran. - Mamy nadzieję, że przekonamy was tym do korzystania z naszych usług w ciągu tych kilku dni.
- Ta, złoto w błoto, złodzieje... - znów pogardliwie skomentował Ongus.
Również i teraz, niczym psy wartownicze, chłopi zareagowali na jego nieprzychylne słowa.
- No, to może zaczniemy od pokazania wam... - rzekł z wahaniem Voran i odwrócił się tyłem do publiczności. - O, może… Super Młyna Przenośnego! - wskazał na jedną z maszyn.
Było to wysokie na metr, złożone z wielu niedbale połączonych żelaznych płytek urządzenie, z jednym lejem wlotowym u góry i dwoma wylotami poniżej. Krasnoludy wyposażyły je w mnóstwo dźwigni, którymi prawdopodobnie nikt poza nimi nie umiałby się posługiwać.
- A więc… Tu się sypie zboże, tu se wylatuje mąka, a tu plewy - rzekł Voran wskazując z głuchymi plaśnięciami dłoni o metal poszczególne elementy. - Ogólnie chodzi o to, że nie musicie cepa męczyć, tylko przychodzicie do nas ze zbożem, a my wam robimy mąkę.
- Każdy głupi tak potrafi… Jednym paluszkiem… - szepnął Ongus do Tymona.
- Za przeproszeniem, ja zapytanie mam… - odezwał się jeden z chłopów. -Bo i prawda, zdałoby się to, ale co wy chceta tera młócić, jak my tera dopiero obsiewać będziem?
W tłumie zebranych rozległy się pomruki niezadowolonych chłopów.
- Ha! Zgasił go! - rzekł rozbawiony Ongus.
Miał rację. Krasnoludy wyraźnie straciły animusz. Stały zakłopotane tonąc w niezręcznej ciszy. W końcu próbę ratowania sytuacji podjął Voran.
- Ach faktycznie, nie ta pora! Ale nie martwcie się, prości ludzie, mamy dla was więcej wynalazków! - Znów odwrócił się do porozstawianych maszyn. - To może teraz zademonstruję wam… Niech będzie oracz - wskazał z dumą na wyglądające na skomplikowane urządzenie. Przypominało trochę mechanicznego kreta lub szczura w pozycji pionowej z żelaznymi pazurami.
- To się pług nazywa -zadrwił któryś z chłopów. Po tłumie przebiegła fala śmiechu, jednak z ust krasnoluda ani na chwilę nie znikł triumfalny uśmiech.
- Mylisz się, dobry człowieku. Pługi, to macie wy! - odparł równie pogardliwie. - To natomiast, jako rzekłem, jest oracz. Może ktoś z was chce, by jego pole było promocyjnie za darmo zaorane tym wynalazkiem?
Żadnemu z chłopów nie spodobała się perspektywa bycia ochotnikiem.
- Ach, tego się spodziewałem - nikt nie lubi łamać swych nawyków i skłaniać się ku nowości. - W tym momencie Voran przerwał i zaczął rozglądać się po wiosce. - O, tam widzę jeszcze nie zaorane pole. Do kogo należy?
Nikt długo nie przyznawał się do swojej własności i znów zapadła głucha cisza; inni chłopi nie chcieli też wydać swego ziomka.
W końcu, gdy krasnolud powoli zaczął tracić cierpliwość, co objawiał głośnym sapaniem, wystąpił jeden z mężczyzn, choć widać było, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności.
- Moje, panie - rzekł usłużnie.
- Nareszcie, doskonale! - uśmiechnął się Voran. - Jak cię zwą?
- Jeremi, panie.
- A więc Jeremi, wiedz, że w twoim przypadku nie do końca sprawdza się przysłowie, że lenistwo nie popłaca.
Chłop najwyraźniej nie wiedział, o co krasnoludowi chodzi - patrzył się tylko na niego tępo, drapiąc się po głowie.
- Czy pozwolisz na darmową prezentację tego oto oracza - wskazał Voran swój wynalazek - na twoim polu?
- A to, to co mi na tym polu zrobi? -zapytał zdezorientowany Jeremi. Krasnolud zaczynał czerwienieć na twarzy ze złości.
- No zaorze ci je, człowieku! I to zupełnie za darmo! - próbował zachować spokój Voran.
- Przepraszam bardzo! - wtrącił się do rozmowy Ongus. - Czy to urządzenie nie spowoduje żadnych skutków ubocznych? Nie wyjałowi na przykład pola, czy coś? - chciał najwyraźniej jeszcze bardziej zdenerwować technologa i widać było, że sprawiało mu to frajdę.
- Nic nie spowoduje, człowieku! - podniósł głos Voran. - Oracz jest w pełni bezpiecznym, dopracowanym do najdrobniejszych szczegółów urządzeniem, w dodatku nieuciążliwym dla środowiska! Zresztą, zobaczysz wszystko na pokazie.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań - rzekł z przesadną grzecznością Ongus.
- I bardzo dobrze… - odpowiedział krasnolud. - A więc, drogi… Jeremi - zwrócił się do chłopa, który próbował pojąć dialog dwóch inteligentniejszych od siebie osób - czy moglibyśmy zaprezentować nasz wynalazek na twoim polu?
- A niech stracę, zaprezentowujcie…
- Zapewniam cię - odparł ze śmiechem krasnolud - że niczego nie stracisz.
- O, krasnoludek odzyskał już humorek? - rzekł pogardliwie Ongus do stojącego obok Tymona.
- A więc przejdźmy na twoje pole - rzekł Voran, po czym wraz z czeladnikami załadował oracza na wózek. Ruszyli na pole Jeremiego, a za nimi ciągnął się tłum lekko zaskoczonych chłopów.
- Teraz patrzcie i podziwiajcie - rzekł triumfalnie krasnolud po dotarciu na miejsce - co ten cud techniki potrafi! Chłopcy, przynieście no baterię - zwrócił się do czeladników.
Wkrótce dwa krasnoludy przytaszczyły duży, metalowy kloc z kilkoma wystającymi drucikami. Był widocznie bardzo ciężki - niosły go z pewnym trudem. Otworzyły klapkę znajdującą się na plecach oracza i zamontowały tam ogniwo. Otrzepały rękawice i odeszły na bok. Do maszyny podszedł teraz Voran. Przesunął jedną z dźwigni i szybko oddalił się na kilka kroków. Chłopi z zaciekawieniem przyglądali się oraczowi. Nagle żelazny gryzoń poruszył się, jakby otrząsał się z długiego snu. Padł Na ziemię i zaczął kopać dół, co wieśniacy powitali pomrukiem uznania. Ongus natomiast nieufnie patrzył na fruwającą dookoła glebę, z jego twarzy bił niepokój.
Maszyna tymczasem skończyła już kopać dół i weszła do niego. Wkrótce kreta zasypała ziemia i wszystko ucichło.
- Co, już koniec? - zapytał Tymon. - Nie zaorał za dużo…
- Ta cisza jest dziwnie niepokojąca - zauważył Ongus. - Coś tu się szykuje…
Tymon spojrzał w kierunku technologów - nie wyglądali na zmieszanych jak wcześniej.
Nagle chłopi usłyszeli i poczuli silne drżenie ziemi. Mniejsze grudki gleby i kamyki dookoła aż podskakiwały. Całe pole, kawałek po kawałku zmieniało się w obszary świeżo zaoranej gleby. Wyglądało to tak, jakby ziemia zapadała się, a później wylatywała na wierzch już bez ścierniska. W końcu oracz wykopał się na powierzchnię i stanął w bezruchu. Chłopi byli oczarowani szybkością działania maszyny. Pole było naprawdę wzorowo zaorane. Krasnoludy podeszły do swojego wynalazku, wymontowały baterię i załadowały wszystko z powrotem na wózek.
- A więc - odezwał się Voran - tak wygląda zaorane przez oracza pole. Dziś już nie da rady pracować więcej, mamy tylko jedną baterię; do jutra ją naładujemy, a wtedy możemy zaorać następne. Oczywiście już nie za darmo.
- A za co? - spytał jeden z chłopów. - Życzą sobie panowie jajek, a?
- O, nie! - roześmiał się Voran. - My chcemy złota, albo w ostateczności miedziaków. Dokładna cena do ustalenia, zależnie od wielkości pola.
Chłopi zdziwili się, choć bynajmniej nie posmutniali - duża większość miała już zaorane pola.
- No dobra, a więc kto będzie chciał skorzystać z oracza, niech przyjdzie jutro do naszej kwatery - zakończył rozmowę Voran, po czym wraz z czeladnikami zaczął ciągnąć wózek w stronę ich pawilonu. Zaraz po ich odejściu tłum rozproszył się. Tymon poszedł za Ongusem, do jego wieży.
- I co powiesz? - zagadnął.
- Nie jest dobrze… - odrzekł z wahaniem mag. - Wygląda na to, że te krasnoludy znają się na technologii i to mnie martwi.
- To co zrobimy?
- A co, nie spodobał ci się pokaz? Nie jesteś po ich stronie? - zapytał z przekąsem mag.
- No co ty! - oburzył się Tymon. - Ani przez chwilę nie byłem! A zresztą i tak już se pole zaorałem. Pługiem - podkreślił.
- Wiem przecież, tak się z ciebie zgrywam. Najgorsze jest to, że nic im nie możemy zrobić - wyjęliby nas spod prawa za takie gnębienie niewinnych.
- A jakby im tak coś zaiwanić? - zaproponował cicho Tymon.
- Zły pomysł - odradził Ongus. - Te ustrojstwa na pewno są zabezpieczone pułapkami, czy czymś takim… Myślisz, że jak tak jeżdżą po wsiach i miastach, to nie pomyślą o ochronie asortymentu?
- Może i ta… - zakończył zrezygnowany chłop. - Czemu wy se jakiej spółki nie założycie? Czasem przecie nawet pies z kotem się pogodzą i dobrze żyć potrafią.
- Ha! - przerwał z ponurym uśmiechem Ongus. - Pies z kotem? Może. Ale widziałeś, żeby ogień z wodą się pogodził?
- No nie wiem… - zadumał się chłop. - Znając ciebie, to coś byś pewniakiem przedsięwziął…
Obaj roześmiali się.
-Idę do domu, co będę czas mitrężył na próżne gadanie - zakomunikował nagle Tymon.
- Dumaj, co tu zrobić z krasnalami.
- A ty nie daj się namówić na te ich zabawki...
Kilka kolejnych dni upłynęło we wsi dosyć leniwie, zwłaszcza, że mało było do roboty, a część chłopów postanowiła wyręczyć się w oraniu krasnoludami. Niektórzy, oczarowani działaniem krasnoludzkiej maszyny, zdecydowali, że orka na ich poletkach wymaga poprawy. Wielu z nich wygarnęło głęboko schowane fundusze i wykupiło usługi oracza. Szybko okazało się również, że parę osób miało jeszcze trochę nie wymłóconego zboża, więc pierwszy wynalazek krasnoludów również nie był bezrobotny. Tymon i Ongus nie byli zadowoleni z takiego obrotu wydarzeń - chłopi zaczęli ufać technologom, którzy żądali zapłaty za swe usługi. Zaniedbali też szlachetną tradycję pomocy innym - nikt jej przecież nie potrzebował. Na całą sytuację głośno narzekał również dziadzio.
- Kto to słyszał, żeby całymi dniami tylko wyręczać się żelastwem jakimś badziewnym, za nic sobie wartość pracy mając? - mówił, opierając się skulony na swojej laseczce. - A jak się człowiek raczy trunkiem, zasług wcześniej za dnia żadnych nie mając, tak jak i tera paru robi, to w pijaństwo się wpada i rozum się swój ludzki traci, o.