Wstawiam na razie tylko jedną część, żeby było trochę dramatyzmu.
Zapraszam do czytania i miłej lektury życzę!
Tymon
siedział w karczmie, sącząc leniwie „cud-miód” - piwo z
tutejszego menu. To było całkiem miłe popołudnie - wokół było
słychać wesoły gwar jego współziomków, którzy śmiali się i
rozmawiali o swoich prostych sprawach. Karczmarz, nazywany przez
miejscowych Baryłą, biegał szybko między stolikami i usługiwał
gościom jadłem oraz trunkami. Na ten przydomek zasłużył sobie
dzięki figurze, jaką wyrzeźbił testując towary, którymi raczył
swoich klientów.
Nagle
chłopi usłyszeli dochodzące z zewnątrz stukanie - znak, że ktoś
przybijał do drzwi jakieś obwieszczenie.
-
Pewniakiem znowu siorbiela przysyłają, psia ich jucha! - odezwał
się jeden z chłopów.
„Siorbielem” chłopi pogardliwie nazywali poborcę podatkowego,
który odwiedzał ich wioskę regularnie, co kilka miesięcy.
-
Oj, nie ma zmiłunku dla biednej ludności wiejskiej na tym świecie…
- powiedział ktoś z żałością.
-
A najwięcej ze mnie zedrą, bo wiedzą, że większość swojego
dobytku u mnie zostawiata, głupie nie są - dodał Baryła. - Trzeba
zobaczyć, kiedy ten kat nadejdzie.
Człowiek
ten, będąc młodym, podróżował co nieco po świecie i pracował
w kilku miastach jako kupiec, toteż jedyny z całej wsi, poza magiem
Ongusem oczywiście, posiadł umiejętność czytania. Wyszedł więc
z karczmy, by odczytać niezrozumiałe dla reszty chłopów
skomplikowane znaczki.
W
końcu Baryła zajrzał do środka i zawołał:
-
Chłopy, chodźta tu! Sto razy nie będę gadał! - nie mówił
bynajmniej ze złością, czy rozczarowaniem, ale wręcz przeciwnie.
Wszyscy poczęli wychodzić z karczmy, choć niektórym udawało się
to nieco gorzej po kilku kubełkach. Baryła odchrząknął i zaczął
czytać:
-
„VORAN FACHMAN, którego wynalazki w całem Karhum a i jechcze
dalej som znane, odwiedzi tom wioske wras z czeladnikami jego, by
technologiom ułatwić żywot poćciwym chłopom.”
-
A na co nam on… - odezwał się któryś z chłopów.
-
Słyszał przecie, żywot nam chce ułatwić - odpowiedział inny.
-
Znaczy… co będzie robić?
-
Pomagać będzie, ot co! - zniecierpliwił się Baryła. -
Przygotujcie ino pieniądza, bo takie pomoce zawsze kosztują!
-
Iiitam! - machnął ręką Tymon. - Stary, dobry Ongus za darmo
usługuje nam.
-
Wogóleście niepostępowi… - pokręcił głową Baryła i poszedł
do szynku.
Wkrótce
potem również chłopi weszli do środka i kontynuowali biesiadę.
***
Nazajutrz
bolała go głowa, a ciało nie chciało się poddać jego woli i
wyjść z siennika. Pożałował w jednym momencie swojej ciekawości
i uległości, gdy poprzedniego wieczoru Baryła wyciągnął
znienacka gąsior świeżo przygotowanej okowity, żarliwie
zapewniając, że wchodzi gładko i daje żyć dzień po biesiadzie.
Owszem, z tą gładkością nie oszukiwał, ale, czego dowiódł
Tymon na własnym przykładzie, drugiej obietnicy nie warto było do
końca ufać.
Przetoczył
się na brzuch - wszak zawsze to łatwiej podnieść się na
czworaka, a potem wstać, co zresztą uczynił. Pomyślał, że w
krytycznym przypadku, a w takim był teraz, należało oddać się
działaniu sił wyższych. Postanowił więc udać się do Ongusa.
Zaraz
po wyjściu z domu zobaczył dziadzia siedziącego, jak zwykle, na
ławeczce pod płotem.
-
Choryś pewno, a? - przywitał wnuka. - Musi popili wczoraj zdrowo,
pół nocy słychać było, jakoście się po cichu odprowadzali do
chałup.
-
Oj, przydarzyło się - mruknął Tymon. - Idę ku czarownikowi,
niech uzdrowi...
Dziadzio
kiwnął tylko głową, nie odrzekł nic.
Podróż
do maga była torturą - słońce prażyło niemiłosiernie,
codzienny gwar był głośniejszy niż zwykle, a schodów w wieży
wydawało się więcej. Wkrótce jednak Tymon osiągnął cel.
Powitał Ongusa krzątającego się w środku i opowiedział mu o
swych dolegliwościach. Mag ze złośliwym uśmiechem podał chłopu
do wypicia wywar z ziół. Choć gorzki smak przyprawił Tymona o
grymas, od razu poczuł się lepiej, stał się chętny do rozmowy.
-
Udała się wczoraj biesiada, co? - uprzedził go Ongus.
-
Ano… - odpowiedział chłop. - Słyszałeś nowinę?
-
Ha! Pewnie znów komuś Mućka się ocieliła!
-
Widzę, żeś ty ździebko nietutejszy…
-
O, to mówisz, że coś się dzieje? Opowiadaj! - Zaciekawiony Ongus
usiadł przy stole, zaprosił naprzeciwko Tymona.
-
Na razie się nie dzieje, ale chyba dopiero będzie… - zaczął
zagakowo Tymon. - Jakieś technologi mają do naszej wioski zajechać.
Będą chłopom pomagać, przynajmniej tak mówią.
-
A to ci… - powiedział wyraźnie zaniepokojony Ongus. - technologi
mówisz…
-
No tak. A ty coś tak sposępniał?
-
Bo widzisz… Technologia i magia to trochę inne, rzekłbym nawet
przeciwne dziedziny. Ich przedstawiciele nie darzą się sympatią, a
jak pewnie wiesz, ja param się trochę magią.
-
Takie buty - zrozumiał Tymon. - To co ty chcesz im zrobić?
-
Na razie po prostu będę ich obserwował. Jeżeli zauważę coś
podejrzanego, zareaguję - zapowiedział Ongus, uderzając pięścią
w stół. Tymon z niepokojem spostrzegł, że w tym momencie po
blacie rozsypały się iskry - mag wpadał w złość.
-
Dobra, to ja już se pójdę, bo roboty mam od groma. Dzięki za
miksturę. Bywaj!
***
Mijały
dni, a tajemniczy handlarz nie przybywał. Tymon ani myślał się
tym przejmować, miał i bez tego dużo zajęć. Przedwiosenne
roztopy prawie całkowicie już wsiąkły w coraz mniej zmarzniętą
ziemię. Trzeba mu więc było - a i nie tylko jemu, bo przecież
każdy miał jakiś kawałek poletka - zabrać się za oranie. A że
zawsze to w grupie szybciej, weselej i mniej męcząco, to nikt sam
nie robił, ale zbierał sąsiadów i pracowali razem. Najpierw u
jednego, później u innego. O technologów nie było trzeba się
martwić, niezauważeni w siole długo by nie zostali - plotki
rozprzestrzeniały się szybciej, niż ktokolwiek zdążył rozważyć
ich prawdziwość.Tymon wraz z innymi mieszkańcami wioski orali swe
pola pod wysiew. Odbywało się to na zasadzie wzajemnej pomocy -
chłopi pożyczali sobie pługi, których było niewiele i pracowali
razem - w kupie siła. Tymon wiedział, że mimo natłoku zajęć i
potrzeby poświęcenia im większości uwagi dowie się o przyjeździe
technologa - plotki we wsi rozprzestrzeniały się szybciej, niż
ktokolwiek zdążyłby rozważyć ich prawdziwość.
Zdarzyło
się jednak, że Tymon miał okazję widzieć przybyszy i powitać
ich jako jeden z pierwszych. Wraz z dwoma sąsiadami wybierał się
na pole po przerwie na obiad, gdy ich zobaczył. Drogą powoli sunął
wysoki na trzy sążnie wóz przykryty szarą plandeką. Na miejscu
woźnicy siedzieli trzej niscy mężczyźni. Wszyscy mieli czarne,
długie brody i byli odziani w skórzane kombinezony z mnóstwem
pasków i kieszeni.
-
Patrzajta chłopy, zjawili się w końcu! - zakomunikował Tymon i
wszyscy natychmiast oderwali się od pracy.
-
O! - odezwał się któryś. - Widać, że z daleka jadą.
-
Jakieś niskie te technologi… I grube jakby - rzekł ktoś inny.
-
Zarabiają na tym ustrojstwie dużo, to i pewnie jedzą sporo.
I
tak trwała ta ciekawa rozmowa, a tymczasem wóz dojeżdżał do
chatki Tymona.
-
Witajcie, mości panowie! - pozdrowił chłopów życzliwie ten
siedzący pośrodku. - Zakładam, żeście słyszeli już o Voranie?
-
Ano, cuś nam wpadło w ucho… - rzekł Tymon lustrując go
wzrokiem. Nie do końca ufał tej zbytniej uprzejmości, zwłaszcza
po rozmowie z Ongusem sprzed kilku dni.
-
Oto dla was specjalnie szykujemy dziwy, jakich dotenczas nigdyście
nie widzieli!
-
A coś pan tego taki pewny, a? - zapytał z przekąsem Tymon.
-
A, tak się domyślam, że pewno będzie to dla was nowość - nie
stracił fasonu handlarz.
-
Obaczymy...
-
Zapraszamy wkrótce na otwarcie naszego skromnego kramiku.
-odkrzyknął brodacz na ostatek i wóz potoczył się dalej w
poszukiwaniu wolnego areału na stragan.
-
Co o nich myślita? - zapytał Tymon pozostałych.
-
I… tam, zrobią z siebie pajacy, czasu zmitrężą i pojadą.
-
Toż można zobaczyć, co tam ciekawego mają.
-
To co, popatrzym, jak się rozkładają?
-
Toż możem - zgodzili się jednogłośnie, odłożyli swą pracę.
Ruszyli w kierunku wozu, który właśnie zatrzymał się kilka
chałup za karczmą. Wokół niego zgromadziło się już kilka osób,
z zaciekawieniem obserwujących rozkładanie namiotu i straganu.
Po
kilku kwadransach trzej technolodzy zakończyli swą pracę.
Odwrócili się od tłumu gapiów i bez słowa wyjaśnienia zamknęli
się w swojej kwaterze. Rozczarowani chłopi postali jeszcze chwilę,
po czym zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć.
Tymon,
skończywszy oranie wraz z jego współpracownikami, udał się do
wieży Ongusa, by zrelacjonować przebieg wydarzeń związanych z
przyjazdem nieznajomych.
Mag,
siedzący w wygodnym fotelu i czytający księgę, nie zwrócił
nawet uwagi na przyjście gościa.
-
Dobry! - przywitał go Tymon.
-
A! Witaj - odpowiedział Ongus. - Co cię do mnie sprowadza?
-
Przyjechali w końcu.
-
Kto taki?
-
No te technologi! - zniecierpliwił się Tymon. - Ty powinieneś
częściej z tej wieży wychodzić.
-
Ach, faktycznie! Opowiadaj.
-
No to tak… Przyjechali se, przywitali się, rozłożyli kramik i
poszli chyba spać.
-
Cóż za bogata w szczegóły opowieść! - zadrwił Ongus. - A może
mógłbyś rozwinąć ją ponad to, czego już się domyśliłem?
-
Eee… No nie wiem… Mieli duży wóz… ze jakieś dwie sążnie
wysokości, rozbili straganik koło karczmy. Śmy tam sępili i się
gapili, a oni chamy nawet nam nie powiedzieli, że dzisiaj nic nie
będzie - zbulwersował się Tymon. - Jest ich trzech, wszyscy z
brodami. Trza powiedzieć, że grubi są i jacyś tacy niscy, nie
wiedzieć czemu.
-
Ha! To akurat nie jest dziwne - uśmiechnął się Ongus.
-
Właściwie to żeśmy myśleli, że może oni tak się dorobili na
tej technologii, to i jedzą dużo…
-
Oj, chłopy, chłopy! - westchnął Ongus. - Toż to krasnoludy,
dlatego tak wyglądają!
To
zdanie zbiło Tymona z tropu - zamilkł na parę ładnych chwil.
-
Jak słyszysz coś o technologii, to prawie na pewno stoi za tym
krasnolud - dodał Ongus.
-
Ta nasza wioska… - zaczął Tymon - to chyba tylko ociupinka świata
całego.
W
jego mniemaniu krasnoludy, a właściwie krasnoludki, były to
stworzenia wydobywające ze skał głębokich - a czasem biednym
ludziom podrzucające - szlachetne a drogie kamienie. Do innych ich
zajęć należało jakoby pomaganie gospodyniom w obejściu,
ułatwianie żywota chłopom i podkarmianie inwentarza lub odwrotnie,
psocenie na szkodę poczciwcom. Wszystko oczywiście miały robić po
kryjomu, Tymon więc nie miał okazji żadnego ujrzeć.
-
Nawet nie wiesz, jak mała! - westchnął Ongus. - Jeszcze dużo masz
do oglądania.
-
Ja? A gdzie tam! Za stary jestem na to oglądanie.
-
Ha! Co ty wiesz o starości? Ile ty w ogóle masz lat?
-
Będzie trochę więcej jak trzydzieści wiosenek na karku… -
zamyślił się Tymon. - Trzy, czy cztery… - powiedział, na co
Ongus roześmiał się.
-
Oj, głupiś ty jeszcze i młodziutki… Dobra, idź już do domu, a
jutro zobaczymy, co te krasnale wymodzą.
-
A ty ile masz lat, że tak śmiejesz się, co? - zaprotestował
Tymon.
-
Więcej, niż możesz sobie wyobrazić… - odparł tajemniczo Ongus.
- Idź już.
-No
dobra, jak mnie wyganiasz, to idę.
Następnego
dnia, z samego rana tłum chłopów znów ustawił się wokół
straganu. Tak bardzo zżerała ich ciekawość, że wybaczyli
krasnoludom ich wczorajszą nieuprzejmość. I Tymon przyszedł na
pokaz; w myślach przed sobą samym tłumaczył się, że tylko celem
zwiadu, przebadania, co przybyli planują. Choć przyznać się nie
chciał, też był ciekaw rozmaitych wynalazków. Próbował nawet
zachęcić dziadzia, by też przyszedł, lecz ten odmówił
kategorycznie, powołując się na swój wiek i narzekając, że
drzewiej było lepiej, człowiek sam wszystko robił, ogiera tylko
czasem do roboty zaciągnął, a nie bawił się jakimiś głupimi
zabawkami, które wartość pracy i chleba zmniejszają.
Tymon,
rozejrzawszy się po tłumie zebranych, chcąc dowiedzieć się, kto
znajomy przyszedł, zauważył obcego starca. Był odziany, podobnie
jak reszta, w ubranie chłopskie - szary kubrak, lniane spodnie i
skórzaną kamizelkę. Tymonowi wydało się one jednak dziwnie nowe,
bez żadnych śladów pracy. Przyglądał się przybyszowi, w którym
poznał po kilku minutach Ongusa. Podszedł do niego, przeciskając
się przez tłum.
-
Trudno cię było poznać z daleka w takich łachach - zagadał. - Po
coś się tak przyodział?
-
Wtapiam się w otoczenie. Kamuflaż, mój drogi! - odpowiedział
Ongus. - Mogłeś oddać je molom na pożarcie, czy cuś… Widać,
że nowe to i tylko na pokaz.
-
Dobra, nie zrzędź, może się nikt nie zorientuje - przerwał mu
Ongus.
-
Toż ja już cię poznałem.
-
Cicho już, bo mnie zdemaskują…
-
Co zrobią?
-
Cicho, mówię! - zdenerwował się w końcu Ongus.
Mimo
gorączkowej rozmowy Ongusa z Tymonem i pomruków w tłumie
pozostałych chłopów krasnoludy systematycznie rozstawiały swój
kramik. W końcu wszystko było już gotowe i jeden z technologów,
ten który dzień wcześniej powitał Tymona , wystąpił do tłumu .
-
Witajcie, prości ludzie! - zaczął. - Jestem Voran, a oto moi
czeladnicy.
-
Wskazał ręką dwóch stojących z tyłu krasnoludów. - Zgodnie z
obietnicą przybyliśmy do tej wioski, by pomóc wam troszkę w
waszym ciężkim nieraz żywocie. Będziemy to robić z pomocą
technologii, która jest najpiękniejszą dziedziną życia.
-
Gówno prawda... - zaklął pod nosem Ongus.
Kilka
głów odwróciło się, by skarcić go wzrokiem.
-
Zaczniemy od prezentacji paru naszych wynalazków - kontynuował
Voran. - Mamy nadzieję, że przekonamy was tym do korzystania z
naszych usług w ciągu tych kilku dni.
-
Ta, złoto w błoto, złodzieje... - znów pogardliwie skomentował
Ongus.
Również
i teraz, niczym psy wartownicze, chłopi zareagowali na jego
nieprzychylne słowa.
-
No, to może zaczniemy od pokazania wam... - rzekł z wahaniem Voran
i odwrócił się tyłem do publiczności. - O, może… Super Młyna
Przenośnego! - wskazał na jedną z maszyn.
Było
to wysokie na metr, złożone z wielu niedbale połączonych
żelaznych płytek urządzenie, z jednym lejem wlotowym u góry i
dwoma wylotami poniżej. Krasnoludy wyposażyły je w mnóstwo
dźwigni, którymi prawdopodobnie nikt poza nimi nie umiałby się
posługiwać.
-
A więc… Tu się sypie zboże, tu se wylatuje mąka, a tu plewy -
rzekł Voran wskazując z głuchymi plaśnięciami dłoni o metal
poszczególne elementy. - Ogólnie chodzi o to, że nie musicie cepa
męczyć, tylko przychodzicie do nas ze zbożem, a my wam robimy
mąkę.
-
Każdy głupi tak potrafi… Jednym paluszkiem… - szepnął Ongus
do Tymona.
-
Za przeproszeniem, ja zapytanie mam… - odezwał się jeden z
chłopów. -Bo i prawda, zdałoby się to, ale co wy chceta tera
młócić, jak my tera dopiero obsiewać będziem?
W
tłumie zebranych rozległy się pomruki niezadowolonych chłopów.
-
Ha! Zgasił go! - rzekł rozbawiony Ongus.
Miał
rację. Krasnoludy wyraźnie straciły animusz. Stały zakłopotane
tonąc w niezręcznej ciszy. W końcu próbę ratowania sytuacji
podjął Voran.
-
Ach faktycznie, nie ta pora! Ale nie martwcie się, prości ludzie,
mamy dla was więcej wynalazków! - Znów odwrócił się do
porozstawianych maszyn. - To może teraz zademonstruję wam… Niech
będzie oracz - wskazał z dumą na wyglądające na skomplikowane
urządzenie. Przypominało trochę mechanicznego kreta lub szczura w
pozycji pionowej z żelaznymi pazurami.
-
To się pług nazywa -zadrwił któryś z chłopów. Po tłumie
przebiegła fala śmiechu, jednak z ust krasnoluda ani na chwilę nie
znikł triumfalny uśmiech.
-
Mylisz się, dobry człowieku. Pługi, to macie wy! - odparł równie
pogardliwie. - To natomiast, jako rzekłem, jest oracz. Może ktoś z
was chce, by jego pole było promocyjnie za darmo zaorane tym
wynalazkiem?
Żadnemu
z chłopów nie spodobała się perspektywa bycia ochotnikiem.
-
Ach, tego się spodziewałem - nikt nie lubi łamać swych nawyków i
skłaniać się ku nowości. - W tym momencie Voran przerwał i
zaczął rozglądać się po wiosce. - O, tam widzę jeszcze nie
zaorane pole. Do kogo należy?
Nikt
długo nie przyznawał się do swojej własności i znów zapadła
głucha cisza; inni chłopi nie chcieli też wydać swego ziomka.
W
końcu, gdy krasnolud powoli zaczął tracić cierpliwość, co
objawiał głośnym sapaniem, wystąpił jeden z mężczyzn, choć
widać było, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności.
-
Moje, panie - rzekł usłużnie.
-
Nareszcie, doskonale! - uśmiechnął się Voran. - Jak cię zwą?
-
Jeremi, panie.
-
A więc Jeremi, wiedz, że w twoim przypadku nie do końca sprawdza
się przysłowie, że lenistwo nie popłaca.
Chłop
najwyraźniej nie wiedział, o co krasnoludowi chodzi - patrzył się
tylko na niego tępo, drapiąc się po głowie.
-
Czy pozwolisz na darmową prezentację tego oto oracza - wskazał
Voran swój wynalazek - na twoim polu?
-
A to, to co mi na tym polu zrobi? -zapytał zdezorientowany Jeremi.
Krasnolud zaczynał czerwienieć na twarzy ze złości.
-
No zaorze ci je, człowieku! I to zupełnie za darmo! - próbował
zachować spokój Voran.
-
Przepraszam bardzo! - wtrącił się do rozmowy Ongus. - Czy to
urządzenie nie spowoduje żadnych skutków ubocznych? Nie wyjałowi
na przykład pola, czy coś? - chciał najwyraźniej jeszcze bardziej
zdenerwować technologa i widać było, że sprawiało mu to frajdę.
-
Nic nie spowoduje, człowieku! - podniósł głos Voran. - Oracz jest
w pełni bezpiecznym, dopracowanym do najdrobniejszych szczegółów
urządzeniem, w dodatku nieuciążliwym dla środowiska! Zresztą,
zobaczysz wszystko na pokazie.
-
Dziękuję, nie mam więcej pytań - rzekł z przesadną grzecznością
Ongus.
-
I bardzo dobrze… - odpowiedział krasnolud. - A więc, drogi…
Jeremi - zwrócił się do chłopa, który próbował pojąć dialog
dwóch inteligentniejszych od siebie osób - czy moglibyśmy
zaprezentować nasz wynalazek na twoim polu?
-
A niech stracę, zaprezentowujcie…
-
Zapewniam cię - odparł ze śmiechem krasnolud - że niczego nie
stracisz.
-
O, krasnoludek odzyskał już humorek? - rzekł pogardliwie Ongus do
stojącego obok Tymona.
-
A więc przejdźmy na twoje pole - rzekł Voran, po czym wraz z
czeladnikami załadował oracza na wózek. Ruszyli na pole Jeremiego,
a za nimi ciągnął się tłum lekko zaskoczonych chłopów.
-
Teraz patrzcie i podziwiajcie - rzekł triumfalnie krasnolud po
dotarciu na miejsce - co ten cud techniki potrafi! Chłopcy,
przynieście no baterię - zwrócił się do czeladników.
Wkrótce
dwa krasnoludy przytaszczyły duży, metalowy kloc z kilkoma
wystającymi drucikami. Był widocznie bardzo ciężki - niosły go z
pewnym trudem. Otworzyły klapkę znajdującą się na plecach oracza
i zamontowały tam ogniwo. Otrzepały rękawice i odeszły na bok. Do
maszyny podszedł teraz Voran. Przesunął jedną z dźwigni i szybko
oddalił się na kilka kroków. Chłopi z zaciekawieniem przyglądali
się oraczowi. Nagle żelazny gryzoń poruszył się, jakby otrząsał
się z długiego snu. Padł Na ziemię i zaczął kopać dół, co
wieśniacy powitali pomrukiem uznania. Ongus natomiast nieufnie
patrzył na fruwającą dookoła glebę, z jego twarzy bił niepokój.
Maszyna
tymczasem skończyła już kopać dół i weszła do niego. Wkrótce
kreta zasypała ziemia i wszystko ucichło.
-
Co, już koniec? - zapytał Tymon. - Nie zaorał za dużo…
-
Ta cisza jest dziwnie niepokojąca - zauważył Ongus. - Coś tu się
szykuje…
Tymon
spojrzał w kierunku technologów - nie wyglądali na zmieszanych jak
wcześniej.
Nagle
chłopi usłyszeli i poczuli silne drżenie ziemi. Mniejsze grudki
gleby i kamyki dookoła aż podskakiwały. Całe pole, kawałek po
kawałku zmieniało się w obszary świeżo zaoranej gleby. Wyglądało
to tak, jakby ziemia zapadała się, a później wylatywała na
wierzch już bez ścierniska. W końcu oracz wykopał się na
powierzchnię i stanął w bezruchu. Chłopi byli oczarowani
szybkością działania maszyny. Pole było naprawdę wzorowo
zaorane. Krasnoludy podeszły do swojego wynalazku, wymontowały
baterię i załadowały wszystko z powrotem na wózek.
-
A więc - odezwał się Voran - tak wygląda zaorane przez oracza
pole. Dziś już nie da rady pracować więcej, mamy tylko jedną
baterię; do jutra ją naładujemy, a wtedy możemy zaorać następne.
Oczywiście już nie za darmo.
-
A za co? - spytał jeden z chłopów. - Życzą
sobie panowie jajek, a?
-
O, nie! - roześmiał się Voran. - My chcemy złota, albo w
ostateczności miedziaków. Dokładna cena do ustalenia, zależnie od
wielkości pola.
Chłopi
zdziwili się, choć bynajmniej nie posmutniali - duża większość
miała już zaorane pola.
-
No dobra, a więc kto będzie chciał skorzystać z oracza, niech
przyjdzie jutro do naszej kwatery - zakończył rozmowę Voran, po
czym wraz z czeladnikami zaczął ciągnąć wózek w stronę ich
pawilonu. Zaraz po ich odejściu tłum rozproszył się. Tymon
poszedł za Ongusem, do jego wieży.
-
I co powiesz? - zagadnął.
-
Nie jest dobrze… - odrzekł z wahaniem mag. - Wygląda na to, że
te krasnoludy znają się na technologii i to mnie martwi.
-
To co zrobimy?
-
A co, nie spodobał ci się pokaz? Nie jesteś po ich stronie? -
zapytał z przekąsem mag.
-
No co ty! - oburzył się Tymon. - Ani przez chwilę nie byłem! A
zresztą i tak już se pole zaorałem. Pługiem - podkreślił.
-
Wiem przecież, tak się z ciebie zgrywam. Najgorsze jest to, że nic
im nie możemy zrobić - wyjęliby nas spod prawa za takie gnębienie
niewinnych.
-
A jakby im tak coś zaiwanić? - zaproponował cicho Tymon.
-
Zły pomysł - odradził Ongus. - Te ustrojstwa na pewno są
zabezpieczone pułapkami, czy czymś takim… Myślisz, że jak tak
jeżdżą po wsiach i miastach, to nie pomyślą o ochronie
asortymentu?
-
Może i ta… - zakończył zrezygnowany chłop. - Czemu wy se jakiej
spółki nie założycie? Czasem przecie nawet pies z kotem się
pogodzą i dobrze żyć potrafią.
-
Ha! - przerwał z ponurym uśmiechem Ongus. - Pies z kotem? Może.
Ale widziałeś, żeby ogień z wodą się pogodził?
-
No nie wiem… - zadumał się chłop. - Znając ciebie, to coś byś
pewniakiem przedsięwziął…
Obaj
roześmiali się.
-Idę
do domu, co będę czas mitrężył na próżne gadanie -
zakomunikował nagle Tymon.
-
Dumaj, co tu zrobić z krasnalami.
-
A ty nie daj się namówić na te ich zabawki...
Kilka
kolejnych dni upłynęło we wsi dosyć leniwie, zwłaszcza, że mało
było do roboty, a część chłopów postanowiła wyręczyć się w
oraniu krasnoludami. Niektórzy, oczarowani działaniem
krasnoludzkiej maszyny, zdecydowali, że orka na ich poletkach wymaga
poprawy. Wielu z nich wygarnęło głęboko schowane fundusze i
wykupiło usługi oracza. Szybko okazało się również, że parę
osób miało jeszcze trochę nie wymłóconego zboża, więc pierwszy
wynalazek krasnoludów również nie był bezrobotny. Tymon i Ongus
nie byli zadowoleni z takiego obrotu wydarzeń - chłopi zaczęli
ufać technologom, którzy żądali zapłaty za swe usługi.
Zaniedbali też szlachetną tradycję pomocy innym - nikt jej
przecież nie potrzebował. Na całą sytuację głośno narzekał
również dziadzio.
-
Kto to słyszał, żeby całymi dniami tylko wyręczać się
żelastwem jakimś badziewnym, za nic sobie wartość pracy mając? -
mówił, opierając się skulony na swojej laseczce. - A jak się
człowiek raczy trunkiem, zasług wcześniej za dnia żadnych nie
mając, tak jak i tera paru robi, to w pijaństwo się wpada i rozum
się swój ludzki traci, o.