poniedziałek, 12 czerwca 2017

Bardzo-mikro-turystyka, cz.1

Bardzo-mikro-turystyka cz.1

Lubię podróżować. I pewnie z wieloma podróżnikami znalazłbym wspólny temat. Zresztą, staram się żyć tak, żeby umieć znaleźć wspólne tematy w różnych dziedzinach. Ale dziś nie o tym.

Nieraz słyszy się o podróżach na koniec świata, o krajach, do których typowy szarak nawet nie jest w stanie się wybrać. Nie umniejszając wartości takich dużokalibrowych wycieczek, lubię jednak wspominać takie trochę mniejsze, co też zrobię w tym wpisie.

A więc co? Podróże po kraju? Cieplej, ale to jeszcze nie to. A ile osób wpada na pomysł zwiedzania WŁASNEGO miasta? Ile osób, może poza taksówkarzami i rozwozicielami pizzy, może pochwalić się znajomością każdej ulicy w mieście zamieszkania (słowo klucz - "mieście")? A jak komuś za mało miasta, niech pojeździ po powiecie.

No właśnie, pojeździ. Rowerem, na przykład. I o takiej jeździe będzie dziś konkretnie.

Niedzielne popołudnie. Butelka wody do plecaka, może bluza, telefon, ewentualnie aparat… Tyle przygotowań. No i rower, wiadomo. Można przyszykować jakiś plan podróży, ale, jak dla mnie, najlepszy jest taki bardzo ogólny. Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym od startu do mety przejechał w pełni zaplanowaną trasą. Dlatego obmyślam sobie raczej kierunek, niż szczegółowy plan, a później - jak pójdzie (pojedzie), tak będzie.

Wycieczki rowerowe są tanie, mogą być krótkie - to zależy od nas - i nie wymagają wielu przygotowań. Można zaprosić przyjaciela i na bezdrożach albo niedzielnych, nieruchliwych uliczkach prowadzić rozmowy o życiu (tak naprawdę to o wszystkim, ale zauważcie możliwości).

Ale żeby nie było, że tylko gadam, namawiając, to pokrótce napiszę o mojej ostatniej wyprawie.

Wytyczne były takie, żeby pojechać na 3 ulice w moim mieście, Białej Podlaskiej, na których jeszcze nigdy nie byłem (myślę, że każdy by znalazł parę/paręnaście takich w swoim mieście; tu znów słowo klucz: "mieście"):
1. ul. Złota,
2. ul. Borowikowa,
3. trzeciej nawet nie pamiętam, bo tylko zerknąłem na plan miasta i losowo wybrałem jakieś 3 nazwy, które mi się spodobały. I pomyślałem, że tam pojadę.

I tyle z planowania. Pisałem już, w moim przypadku nie opłaca się wymyślać niczego więcej, bo i tak z tych trzech ulic byłem chyba tylko na Złotej. A reszta trasy była improwizacją, kluczeniem, kierowaniem się raczej ładniejszymi widokami, niż ustalonymi wytycznymi.

Teraz może jeszcze w paru punktach o mojej wycieczce rzeczywistej:
1. Przejazd ul. Kolejową (lubię nazywać ją Aleją Klonów; tak przy okazji, to jedna z moich ulubionych ulic w Białej);
2. Kluczenie do tej Złotej (która powinna być raczej ul. Kamienną albo Kociołbową);
3. Kilkaset metrów przez las (cudowny chłód i świeże powietrze!);
4. Przejazd przez łukowaty mostek na Drodze Wojskowej (polecam, jak ktoś lubi jazdę z górki);
5. Zobaczyłem domek kryty strzechą. To coś, czego się nawet nie spodziewałem.
6. Przez bardziej znajome ulice do domu.

Podsumuję tak: mój przebieg wycieczki zdaje się o wiele lepszy od pierwotnego planu, ale rzeczywistość była jeszcze lepsza od samego opisu. Mogę tylko zachęcić do roweru i mieć nadzieję, że wielu z Was wybierze tę formę aktywności w długi weekend czerwcowy i w dalsze cieplejsze dni/weekendy.

Do zobaczenia na szlaku!

wtorek, 7 stycznia 2014

Wsi mechanizacya, cz. I

Czas znów coś wstawić. Będzie to moje drugie opowiadanie, ale właściwie o wiele lepsze od tego pierwszego (przynajmniej tak mi się wydaje), zwłaszcza że dość niedawno je poprawiałem i przerabiałem w niektórych miejscach, powstało w styczniu 2010, czyli około pół roku po pierwszym. Również dzięki temu opowiadaniu byłem laureatem konkursu literackiego - XX edycji Krajobrazów Słowa, zostałem wyróżniony. Swoją drogą, w tym roku też wysłałem coś na ten konkurs. Kto wie, może znów coś się uda?

Wstawiam na razie tylko jedną część, żeby było trochę dramatyzmu.
Zapraszam do czytania i miłej lektury życzę!



Tymon siedział w karczmie, sącząc leniwie „cud-miód” - piwo z tutejszego menu. To było całkiem miłe popołudnie - wokół było słychać wesoły gwar jego współziomków, którzy śmiali się i rozmawiali o swoich prostych sprawach. Karczmarz, nazywany przez miejscowych Baryłą, biegał szybko między stolikami i usługiwał gościom jadłem oraz trunkami. Na ten przydomek zasłużył sobie dzięki figurze, jaką wyrzeźbił testując towary, którymi raczył swoich klientów.
Nagle chłopi usłyszeli dochodzące z zewnątrz stukanie - znak, że ktoś przybijał do drzwi jakieś obwieszczenie.
- Pewniakiem znowu siorbiela przysyłają, psia ich jucha! - odezwał się jeden z chłopów.
„Siorbielem” chłopi pogardliwie nazywali poborcę podatkowego, który odwiedzał ich wioskę regularnie, co kilka miesięcy.
- Oj, nie ma zmiłunku dla biednej ludności wiejskiej na tym świecie… - powiedział ktoś z żałością.
- A najwięcej ze mnie zedrą, bo wiedzą, że większość swojego dobytku u mnie zostawiata, głupie nie są - dodał Baryła. - Trzeba zobaczyć, kiedy ten kat nadejdzie.
Człowiek ten, będąc młodym, podróżował co nieco po świecie i pracował w kilku miastach jako kupiec, toteż jedyny z całej wsi, poza magiem Ongusem oczywiście, posiadł umiejętność czytania. Wyszedł więc z karczmy, by odczytać niezrozumiałe dla reszty chłopów skomplikowane znaczki.
W końcu Baryła zajrzał do środka i zawołał:
- Chłopy, chodźta tu! Sto razy nie będę gadał! - nie mówił bynajmniej ze złością, czy rozczarowaniem, ale wręcz przeciwnie. Wszyscy poczęli wychodzić z karczmy, choć niektórym udawało się to nieco gorzej po kilku kubełkach. Baryła odchrząknął i zaczął czytać:
- „VORAN FACHMAN, którego wynalazki w całem Karhum a i jechcze dalej som znane, odwiedzi tom wioske wras z czeladnikami jego, by technologiom ułatwić żywot poćciwym chłopom.”
- A na co nam on… - odezwał się któryś z chłopów.
- Słyszał przecie, żywot nam chce ułatwić - odpowiedział inny.
- Znaczy… co będzie robić?
- Pomagać będzie, ot co! - zniecierpliwił się Baryła. - Przygotujcie ino pieniądza, bo takie pomoce zawsze kosztują!
- Iiitam! - machnął ręką Tymon. - Stary, dobry Ongus za darmo usługuje nam.
- Wogóleście niepostępowi… - pokręcił głową Baryła i poszedł do szynku.
Wkrótce potem również chłopi weszli do środka i kontynuowali biesiadę.

***
Nazajutrz bolała go głowa, a ciało nie chciało się poddać jego woli i wyjść z siennika. Pożałował w jednym momencie swojej ciekawości i uległości, gdy poprzedniego wieczoru Baryła wyciągnął znienacka gąsior świeżo przygotowanej okowity, żarliwie zapewniając, że wchodzi gładko i daje żyć dzień po biesiadzie. Owszem, z tą gładkością nie oszukiwał, ale, czego dowiódł Tymon na własnym przykładzie, drugiej obietnicy nie warto było do końca ufać.
Przetoczył się na brzuch - wszak zawsze to łatwiej podnieść się na czworaka, a potem wstać, co zresztą uczynił. Pomyślał, że w krytycznym przypadku, a w takim był teraz, należało oddać się działaniu sił wyższych. Postanowił więc udać się do Ongusa.
Zaraz po wyjściu z domu zobaczył dziadzia siedziącego, jak zwykle, na ławeczce pod płotem.
- Choryś pewno, a? - przywitał wnuka. - Musi popili wczoraj zdrowo, pół nocy słychać było, jakoście się po cichu odprowadzali do chałup.
- Oj, przydarzyło się - mruknął Tymon. - Idę ku czarownikowi, niech uzdrowi...
Dziadzio kiwnął tylko głową, nie odrzekł nic.
Podróż do maga była torturą - słońce prażyło niemiłosiernie, codzienny gwar był głośniejszy niż zwykle, a schodów w wieży wydawało się więcej. Wkrótce jednak Tymon osiągnął cel. Powitał Ongusa krzątającego się w środku i opowiedział mu o swych dolegliwościach. Mag ze złośliwym uśmiechem podał chłopu do wypicia wywar z ziół. Choć gorzki smak przyprawił Tymona o grymas, od razu poczuł się lepiej, stał się chętny do rozmowy.
- Udała się wczoraj biesiada, co? - uprzedził go Ongus.
- Ano… - odpowiedział chłop. - Słyszałeś nowinę?
- Ha! Pewnie znów komuś Mućka się ocieliła!
- Widzę, żeś ty ździebko nietutejszy…
- O, to mówisz, że coś się dzieje? Opowiadaj! - Zaciekawiony Ongus usiadł przy stole, zaprosił naprzeciwko Tymona.
- Na razie się nie dzieje, ale chyba dopiero będzie… - zaczął zagakowo Tymon. - Jakieś technologi mają do naszej wioski zajechać. Będą chłopom pomagać, przynajmniej tak mówią.
- A to ci… - powiedział wyraźnie zaniepokojony Ongus. - technologi mówisz…
- No tak. A ty coś tak sposępniał?
- Bo widzisz… Technologia i magia to trochę inne, rzekłbym nawet przeciwne dziedziny. Ich przedstawiciele nie darzą się sympatią, a jak pewnie wiesz, ja param się trochę magią.
- Takie buty - zrozumiał Tymon. - To co ty chcesz im zrobić?
- Na razie po prostu będę ich obserwował. Jeżeli zauważę coś podejrzanego, zareaguję - zapowiedział Ongus, uderzając pięścią w stół. Tymon z niepokojem spostrzegł, że w tym momencie po blacie rozsypały się iskry - mag wpadał w złość.
- Dobra, to ja już se pójdę, bo roboty mam od groma. Dzięki za miksturę. Bywaj!

***
Mijały dni, a tajemniczy handlarz nie przybywał. Tymon ani myślał się tym przejmować, miał i bez tego dużo zajęć. Przedwiosenne roztopy prawie całkowicie już wsiąkły w coraz mniej zmarzniętą ziemię. Trzeba mu więc było - a i nie tylko jemu, bo przecież każdy miał jakiś kawałek poletka - zabrać się za oranie. A że zawsze to w grupie szybciej, weselej i mniej męcząco, to nikt sam nie robił, ale zbierał sąsiadów i pracowali razem. Najpierw u jednego, później u innego. O technologów nie było trzeba się martwić, niezauważeni w siole długo by nie zostali - plotki rozprzestrzeniały się szybciej, niż ktokolwiek zdążył rozważyć ich prawdziwość.Tymon wraz z innymi mieszkańcami wioski orali swe pola pod wysiew. Odbywało się to na zasadzie wzajemnej pomocy - chłopi pożyczali sobie pługi, których było niewiele i pracowali razem - w kupie siła. Tymon wiedział, że mimo natłoku zajęć i potrzeby poświęcenia im większości uwagi dowie się o przyjeździe technologa - plotki we wsi rozprzestrzeniały się szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby rozważyć ich prawdziwość.
Zdarzyło się jednak, że Tymon miał okazję widzieć przybyszy i powitać ich jako jeden z pierwszych. Wraz z dwoma sąsiadami wybierał się na pole po przerwie na obiad, gdy ich zobaczył. Drogą powoli sunął wysoki na trzy sążnie wóz przykryty szarą plandeką. Na miejscu woźnicy siedzieli trzej niscy mężczyźni. Wszyscy mieli czarne, długie brody i byli odziani w skórzane kombinezony z mnóstwem pasków i kieszeni.
- Patrzajta chłopy, zjawili się w końcu! - zakomunikował Tymon i wszyscy natychmiast oderwali się od pracy.
- O! - odezwał się któryś. - Widać, że z daleka jadą.
- Jakieś niskie te technologi… I grube jakby - rzekł ktoś inny.
- Zarabiają na tym ustrojstwie dużo, to i pewnie jedzą sporo.
I tak trwała ta ciekawa rozmowa, a tymczasem wóz dojeżdżał do chatki Tymona.
- Witajcie, mości panowie! - pozdrowił chłopów życzliwie ten siedzący pośrodku. - Zakładam, żeście słyszeli już o Voranie?
- Ano, cuś nam wpadło w ucho… - rzekł Tymon lustrując go wzrokiem. Nie do końca ufał tej zbytniej uprzejmości, zwłaszcza po rozmowie z Ongusem sprzed kilku dni.
- Oto dla was specjalnie szykujemy dziwy, jakich dotenczas nigdyście nie widzieli!
- A coś pan tego taki pewny, a? - zapytał z przekąsem Tymon.
- A, tak się domyślam, że pewno będzie to dla was nowość - nie stracił fasonu handlarz.
- Obaczymy...
- Zapraszamy wkrótce na otwarcie naszego skromnego kramiku. -odkrzyknął brodacz na ostatek i wóz potoczył się dalej w poszukiwaniu wolnego areału na stragan.
- Co o nich myślita? - zapytał Tymon pozostałych.
- I… tam, zrobią z siebie pajacy, czasu zmitrężą i pojadą.
- Toż można zobaczyć, co tam ciekawego mają.
- To co, popatrzym, jak się rozkładają?
- Toż możem - zgodzili się jednogłośnie, odłożyli swą pracę. Ruszyli w kierunku wozu, który właśnie zatrzymał się kilka chałup za karczmą. Wokół niego zgromadziło się już kilka osób, z zaciekawieniem obserwujących rozkładanie namiotu i straganu.
Po kilku kwadransach trzej technolodzy zakończyli swą pracę. Odwrócili się od tłumu gapiów i bez słowa wyjaśnienia zamknęli się w swojej kwaterze. Rozczarowani chłopi postali jeszcze chwilę, po czym zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć.
Tymon, skończywszy oranie wraz z jego współpracownikami, udał się do wieży Ongusa, by zrelacjonować przebieg wydarzeń związanych z przyjazdem nieznajomych.
Mag, siedzący w wygodnym fotelu i czytający księgę, nie zwrócił nawet uwagi na przyjście gościa.
- Dobry! - przywitał go Tymon.
- A! Witaj - odpowiedział Ongus. - Co cię do mnie sprowadza?
- Przyjechali w końcu.
- Kto taki?
- No te technologi! - zniecierpliwił się Tymon. - Ty powinieneś częściej z tej wieży wychodzić.
- Ach, faktycznie! Opowiadaj.
- No to tak… Przyjechali se, przywitali się, rozłożyli kramik i poszli chyba spać.
- Cóż za bogata w szczegóły opowieść! - zadrwił Ongus. - A może mógłbyś rozwinąć ją ponad to, czego już się domyśliłem?
- Eee… No nie wiem… Mieli duży wóz… ze jakieś dwie sążnie wysokości, rozbili straganik koło karczmy. Śmy tam sępili i się gapili, a oni chamy nawet nam nie powiedzieli, że dzisiaj nic nie będzie - zbulwersował się Tymon. - Jest ich trzech, wszyscy z brodami. Trza powiedzieć, że grubi są i jacyś tacy niscy, nie wiedzieć czemu.
- Ha! To akurat nie jest dziwne - uśmiechnął się Ongus.
- Właściwie to żeśmy myśleli, że może oni tak się dorobili na tej technologii, to i jedzą dużo…
- Oj, chłopy, chłopy! - westchnął Ongus. - Toż to krasnoludy, dlatego tak wyglądają!
To zdanie zbiło Tymona z tropu - zamilkł na parę ładnych chwil.
- Jak słyszysz coś o technologii, to prawie na pewno stoi za tym krasnolud - dodał Ongus.
- Ta nasza wioska… - zaczął Tymon - to chyba tylko ociupinka świata całego.
W jego mniemaniu krasnoludy, a właściwie krasnoludki, były to stworzenia wydobywające ze skał głębokich - a czasem biednym ludziom podrzucające - szlachetne a drogie kamienie. Do innych ich zajęć należało jakoby pomaganie gospodyniom w obejściu, ułatwianie żywota chłopom i podkarmianie inwentarza lub odwrotnie, psocenie na szkodę poczciwcom. Wszystko oczywiście miały robić po kryjomu, Tymon więc nie miał okazji żadnego ujrzeć.
- Nawet nie wiesz, jak mała! - westchnął Ongus. - Jeszcze dużo masz do oglądania.
- Ja? A gdzie tam! Za stary jestem na to oglądanie.
- Ha! Co ty wiesz o starości? Ile ty w ogóle masz lat?
- Będzie trochę więcej jak trzydzieści wiosenek na karku… - zamyślił się Tymon. - Trzy, czy cztery… - powiedział, na co Ongus roześmiał się.
- Oj, głupiś ty jeszcze i młodziutki… Dobra, idź już do domu, a jutro zobaczymy, co te krasnale wymodzą.
- A ty ile masz lat, że tak śmiejesz się, co? - zaprotestował Tymon.
- Więcej, niż możesz sobie wyobrazić… - odparł tajemniczo Ongus. - Idź już.
-No dobra, jak mnie wyganiasz, to idę.
Następnego dnia, z samego rana tłum chłopów znów ustawił się wokół straganu. Tak bardzo zżerała ich ciekawość, że wybaczyli krasnoludom ich wczorajszą nieuprzejmość. I Tymon przyszedł na pokaz; w myślach przed sobą samym tłumaczył się, że tylko celem zwiadu, przebadania, co przybyli planują. Choć przyznać się nie chciał, też był ciekaw rozmaitych wynalazków. Próbował nawet zachęcić dziadzia, by też przyszedł, lecz ten odmówił kategorycznie, powołując się na swój wiek i narzekając, że drzewiej było lepiej, człowiek sam wszystko robił, ogiera tylko czasem do roboty zaciągnął, a nie bawił się jakimiś głupimi zabawkami, które wartość pracy i chleba zmniejszają.
Tymon, rozejrzawszy się po tłumie zebranych, chcąc dowiedzieć się, kto znajomy przyszedł, zauważył obcego starca. Był odziany, podobnie jak reszta, w ubranie chłopskie - szary kubrak, lniane spodnie i skórzaną kamizelkę. Tymonowi wydało się one jednak dziwnie nowe, bez żadnych śladów pracy. Przyglądał się przybyszowi, w którym poznał po kilku minutach Ongusa. Podszedł do niego, przeciskając się przez tłum.
- Trudno cię było poznać z daleka w takich łachach - zagadał. - Po coś się tak przyodział?
- Wtapiam się w otoczenie. Kamuflaż, mój drogi! - odpowiedział Ongus. - Mogłeś oddać je molom na pożarcie, czy cuś… Widać, że nowe to i tylko na pokaz.
- Dobra, nie zrzędź, może się nikt nie zorientuje - przerwał mu Ongus.
- Toż ja już cię poznałem.
- Cicho już, bo mnie zdemaskują…
- Co zrobią?
- Cicho, mówię! - zdenerwował się w końcu Ongus.
Mimo gorączkowej rozmowy Ongusa z Tymonem i pomruków w tłumie pozostałych chłopów krasnoludy systematycznie rozstawiały swój kramik. W końcu wszystko było już gotowe i jeden z technologów, ten który dzień wcześniej powitał Tymona , wystąpił do tłumu .
- Witajcie, prości ludzie! - zaczął. - Jestem Voran, a oto moi czeladnicy.
- Wskazał ręką dwóch stojących z tyłu krasnoludów. - Zgodnie z obietnicą przybyliśmy do tej wioski, by pomóc wam troszkę w waszym ciężkim nieraz żywocie. Będziemy to robić z pomocą technologii, która jest najpiękniejszą dziedziną życia.
- Gówno prawda... - zaklął pod nosem Ongus.
Kilka głów odwróciło się, by skarcić go wzrokiem.
- Zaczniemy od prezentacji paru naszych wynalazków - kontynuował Voran. - Mamy nadzieję, że przekonamy was tym do korzystania z naszych usług w ciągu tych kilku dni.
- Ta, złoto w błoto, złodzieje... - znów pogardliwie skomentował Ongus.
Również i teraz, niczym psy wartownicze, chłopi zareagowali na jego nieprzychylne słowa.
- No, to może zaczniemy od pokazania wam... - rzekł z wahaniem Voran i odwrócił się tyłem do publiczności. - O, może… Super Młyna Przenośnego! - wskazał na jedną z maszyn.
Było to wysokie na metr, złożone z wielu niedbale połączonych żelaznych płytek urządzenie, z jednym lejem wlotowym u góry i dwoma wylotami poniżej. Krasnoludy wyposażyły je w mnóstwo dźwigni, którymi prawdopodobnie nikt poza nimi nie umiałby się posługiwać.
- A więc… Tu się sypie zboże, tu se wylatuje mąka, a tu plewy - rzekł Voran wskazując z głuchymi plaśnięciami dłoni o metal poszczególne elementy. - Ogólnie chodzi o to, że nie musicie cepa męczyć, tylko przychodzicie do nas ze zbożem, a my wam robimy mąkę.
- Każdy głupi tak potrafi… Jednym paluszkiem… - szepnął Ongus do Tymona.
- Za przeproszeniem, ja zapytanie mam… - odezwał się jeden z chłopów. -Bo i prawda, zdałoby się to, ale co wy chceta tera młócić, jak my tera dopiero obsiewać będziem?
W tłumie zebranych rozległy się pomruki niezadowolonych chłopów.
- Ha! Zgasił go! - rzekł rozbawiony Ongus.
Miał rację. Krasnoludy wyraźnie straciły animusz. Stały zakłopotane tonąc w niezręcznej ciszy. W końcu próbę ratowania sytuacji podjął Voran.
- Ach faktycznie, nie ta pora! Ale nie martwcie się, prości ludzie, mamy dla was więcej wynalazków! - Znów odwrócił się do porozstawianych maszyn. - To może teraz zademonstruję wam… Niech będzie oracz - wskazał z dumą na wyglądające na skomplikowane urządzenie. Przypominało trochę mechanicznego kreta lub szczura w pozycji pionowej z żelaznymi pazurami.
- To się pług nazywa -zadrwił któryś z chłopów. Po tłumie przebiegła fala śmiechu, jednak z ust krasnoluda ani na chwilę nie znikł triumfalny uśmiech.
- Mylisz się, dobry człowieku. Pługi, to macie wy! - odparł równie pogardliwie. - To natomiast, jako rzekłem, jest oracz. Może ktoś z was chce, by jego pole było promocyjnie za darmo zaorane tym wynalazkiem?
Żadnemu z chłopów nie spodobała się perspektywa bycia ochotnikiem.
- Ach, tego się spodziewałem - nikt nie lubi łamać swych nawyków i skłaniać się ku nowości. - W tym momencie Voran przerwał i zaczął rozglądać się po wiosce. - O, tam widzę jeszcze nie zaorane pole. Do kogo należy?
Nikt długo nie przyznawał się do swojej własności i znów zapadła głucha cisza; inni chłopi nie chcieli też wydać swego ziomka.
W końcu, gdy krasnolud powoli zaczął tracić cierpliwość, co objawiał głośnym sapaniem, wystąpił jeden z mężczyzn, choć widać było, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności.
- Moje, panie - rzekł usłużnie.
- Nareszcie, doskonale! - uśmiechnął się Voran. - Jak cię zwą?
- Jeremi, panie.
- A więc Jeremi, wiedz, że w twoim przypadku nie do końca sprawdza się przysłowie, że lenistwo nie popłaca.
Chłop najwyraźniej nie wiedział, o co krasnoludowi chodzi - patrzył się tylko na niego tępo, drapiąc się po głowie.
- Czy pozwolisz na darmową prezentację tego oto oracza - wskazał Voran swój wynalazek - na twoim polu?
- A to, to co mi na tym polu zrobi? -zapytał zdezorientowany Jeremi. Krasnolud zaczynał czerwienieć na twarzy ze złości.
- No zaorze ci je, człowieku! I to zupełnie za darmo! - próbował zachować spokój Voran.
- Przepraszam bardzo! - wtrącił się do rozmowy Ongus. - Czy to urządzenie nie spowoduje żadnych skutków ubocznych? Nie wyjałowi na przykład pola, czy coś? - chciał najwyraźniej jeszcze bardziej zdenerwować technologa i widać było, że sprawiało mu to frajdę.
- Nic nie spowoduje, człowieku! - podniósł głos Voran. - Oracz jest w pełni bezpiecznym, dopracowanym do najdrobniejszych szczegółów urządzeniem, w dodatku nieuciążliwym dla środowiska! Zresztą, zobaczysz wszystko na pokazie.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań - rzekł z przesadną grzecznością Ongus.
- I bardzo dobrze… - odpowiedział krasnolud. - A więc, drogi… Jeremi - zwrócił się do chłopa, który próbował pojąć dialog dwóch inteligentniejszych od siebie osób - czy moglibyśmy zaprezentować nasz wynalazek na twoim polu?
- A niech stracę, zaprezentowujcie…
- Zapewniam cię - odparł ze śmiechem krasnolud - że niczego nie stracisz.
- O, krasnoludek odzyskał już humorek? - rzekł pogardliwie Ongus do stojącego obok Tymona.
- A więc przejdźmy na twoje pole - rzekł Voran, po czym wraz z czeladnikami załadował oracza na wózek. Ruszyli na pole Jeremiego, a za nimi ciągnął się tłum lekko zaskoczonych chłopów.
- Teraz patrzcie i podziwiajcie - rzekł triumfalnie krasnolud po dotarciu na miejsce - co ten cud techniki potrafi! Chłopcy, przynieście no baterię - zwrócił się do czeladników.
Wkrótce dwa krasnoludy przytaszczyły duży, metalowy kloc z kilkoma wystającymi drucikami. Był widocznie bardzo ciężki - niosły go z pewnym trudem. Otworzyły klapkę znajdującą się na plecach oracza i zamontowały tam ogniwo. Otrzepały rękawice i odeszły na bok. Do maszyny podszedł teraz Voran. Przesunął jedną z dźwigni i szybko oddalił się na kilka kroków. Chłopi z zaciekawieniem przyglądali się oraczowi. Nagle żelazny gryzoń poruszył się, jakby otrząsał się z długiego snu. Padł Na ziemię i zaczął kopać dół, co wieśniacy powitali pomrukiem uznania. Ongus natomiast nieufnie patrzył na fruwającą dookoła glebę, z jego twarzy bił niepokój.
Maszyna tymczasem skończyła już kopać dół i weszła do niego. Wkrótce kreta zasypała ziemia i wszystko ucichło.
- Co, już koniec? - zapytał Tymon. - Nie zaorał za dużo…
- Ta cisza jest dziwnie niepokojąca - zauważył Ongus. - Coś tu się szykuje…
Tymon spojrzał w kierunku technologów - nie wyglądali na zmieszanych jak wcześniej.
Nagle chłopi usłyszeli i poczuli silne drżenie ziemi. Mniejsze grudki gleby i kamyki dookoła aż podskakiwały. Całe pole, kawałek po kawałku zmieniało się w obszary świeżo zaoranej gleby. Wyglądało to tak, jakby ziemia zapadała się, a później wylatywała na wierzch już bez ścierniska. W końcu oracz wykopał się na powierzchnię i stanął w bezruchu. Chłopi byli oczarowani szybkością działania maszyny. Pole było naprawdę wzorowo zaorane. Krasnoludy podeszły do swojego wynalazku, wymontowały baterię i załadowały wszystko z powrotem na wózek.
- A więc - odezwał się Voran - tak wygląda zaorane przez oracza pole. Dziś już nie da rady pracować więcej, mamy tylko jedną baterię; do jutra ją naładujemy, a wtedy możemy zaorać następne. Oczywiście już nie za darmo.
- A za co? - spytał jeden z chłopów. - Życzą sobie panowie jajek, a?
- O, nie! - roześmiał się Voran. - My chcemy złota, albo w ostateczności miedziaków. Dokładna cena do ustalenia, zależnie od wielkości pola.
Chłopi zdziwili się, choć bynajmniej nie posmutniali - duża większość miała już zaorane pola.
- No dobra, a więc kto będzie chciał skorzystać z oracza, niech przyjdzie jutro do naszej kwatery - zakończył rozmowę Voran, po czym wraz z czeladnikami zaczął ciągnąć wózek w stronę ich pawilonu. Zaraz po ich odejściu tłum rozproszył się. Tymon poszedł za Ongusem, do jego wieży.
- I co powiesz? - zagadnął.
- Nie jest dobrze… - odrzekł z wahaniem mag. - Wygląda na to, że te krasnoludy znają się na technologii i to mnie martwi.
- To co zrobimy?
- A co, nie spodobał ci się pokaz? Nie jesteś po ich stronie? - zapytał z przekąsem mag.
- No co ty! - oburzył się Tymon. - Ani przez chwilę nie byłem! A zresztą i tak już se pole zaorałem. Pługiem - podkreślił.
- Wiem przecież, tak się z ciebie zgrywam. Najgorsze jest to, że nic im nie możemy zrobić - wyjęliby nas spod prawa za takie gnębienie niewinnych.
- A jakby im tak coś zaiwanić? - zaproponował cicho Tymon.
- Zły pomysł - odradził Ongus. - Te ustrojstwa na pewno są zabezpieczone pułapkami, czy czymś takim… Myślisz, że jak tak jeżdżą po wsiach i miastach, to nie pomyślą o ochronie asortymentu?
- Może i ta… - zakończył zrezygnowany chłop. - Czemu wy se jakiej spółki nie założycie? Czasem przecie nawet pies z kotem się pogodzą i dobrze żyć potrafią.
- Ha! - przerwał z ponurym uśmiechem Ongus. - Pies z kotem? Może. Ale widziałeś, żeby ogień z wodą się pogodził?
- No nie wiem… - zadumał się chłop. - Znając ciebie, to coś byś pewniakiem przedsięwziął…
Obaj roześmiali się.
-Idę do domu, co będę czas mitrężył na próżne gadanie - zakomunikował nagle Tymon.
- Dumaj, co tu zrobić z krasnalami.
- A ty nie daj się namówić na te ich zabawki...
Kilka kolejnych dni upłynęło we wsi dosyć leniwie, zwłaszcza, że mało było do roboty, a część chłopów postanowiła wyręczyć się w oraniu krasnoludami. Niektórzy, oczarowani działaniem krasnoludzkiej maszyny, zdecydowali, że orka na ich poletkach wymaga poprawy. Wielu z nich wygarnęło głęboko schowane fundusze i wykupiło usługi oracza. Szybko okazało się również, że parę osób miało jeszcze trochę nie wymłóconego zboża, więc pierwszy wynalazek krasnoludów również nie był bezrobotny. Tymon i Ongus nie byli zadowoleni z takiego obrotu wydarzeń - chłopi zaczęli ufać technologom, którzy żądali zapłaty za swe usługi. Zaniedbali też szlachetną tradycję pomocy innym - nikt jej przecież nie potrzebował. Na całą sytuację głośno narzekał również dziadzio.
- Kto to słyszał, żeby całymi dniami tylko wyręczać się żelastwem jakimś badziewnym, za nic sobie wartość pracy mając? - mówił, opierając się skulony na swojej laseczce. - A jak się człowiek raczy trunkiem, zasług wcześniej za dnia żadnych nie mając, tak jak i tera paru robi, to w pijaństwo się wpada i rozum się swój ludzki traci, o.

niedziela, 29 grudnia 2013

Hobbit nr 2


Odkąd zobaczyłem w trailerze drugiej części "Hobbita" Legolasa, zarzekałem się, że nie pójdę na to do kina, że co oni zrobili, że już tylko kasę chcą trzepać. Postanowiłem jedno, a zrobiłem co innego. W sumie może głównie dlatego, że nie miałem żadnych innych planów na niedzielę, ale zawsze. Jakie moje wrażenia po obejrzeniu? Ano cóż...
Może najpierw spróbuję porównać część drugą do "jedynki". Po wyjściu z kina rok temu zasłyszane przeze mnie opinie podzieliły się na dwa stronnictwa: na tych, którzy się zanudzili na śmierć, spali wręcz, i na tych, którzy rozwlekłość uważali za zaletę. Ja należałem do tej drugiej grupy - moim zdaniem atutem tego filmu była dokładność w stosunku do książki i ukazanie niemal każdej sceny, nawet dialogi niewiele się różniły od tych książkowych. Takie zdanie mieli głównie ci, którzy "Hobbita" czytali.
Co do drugiej części, uważam, że przeczytanie książki mogło uczynić oglądanie filmu mniej przyjemnym. Ci, którzy nudzili się na "Niezwykłej podróży", nie powinni mówić tego samego o "Pustkowiu Smauga". Mankamentem była jednak duża rozbieżność między filmem i książką. Próbując sytuację do czegoś porównać, pomyślałem o cRPG-u Baldur's Gate. Ogólnie rzecz ujmując, za każdym razem jest w niej do zrobienia to samo, różnią się jednak sposoby wykonywania zadań. Te same realia i postaci, jednak trochę inny bieg wydarzeń. Podobnie wypada porównanie między książką a filmem (no, może nie wszystkie postacie powtarzają się tu i tu).
Moim zdaniem powstało coś zupełnie innego, niż w książce, taka historia alternatywna. Co nie znaczy, że od razu gorsza, choć w filmie bywały motywy niepotrzebnie ckliwe, lub sceny jakby żywcem wyjęte z kina akcji, ale może dzięki nim ten "Hobbit" był również atrakcyjny.
Nie żałuję pieniędzy wydanych na ten film. Po prostu, po przeczytaniu książki, trzeba czasem przymykać oko. Przynajmniej nikt chyba nie może narzekać na nudny seans.
Aha. Jeśli oglądasz film w 3D, uwaga na głowę orka.

środa, 18 grudnia 2013

Osobliwe drzewo

Po długiej przerwie znów coś napiszę. Przedstawiam swoje debiutanckie opowiadanie, od czasu napisania którego minęło już parę lat. Skończyłem je pisać w sierpniu 2009 (czasy liceum, proszę o wyrozumiałość). Nie zrażaj się, Czytelniku, za bardzo moim stylem. Sam gdy je czytam widzę, jak dużo się zmieniło... Opowiadanie doczekało się remake'a, ale o nim kiedy indziej. Pierwotna wersja została jednak nagrodzona w IX Bialskim Młodzieżowym Turnieju Literackim, więc chyba jakieś honory mu oddać trzeba. Swoją drogą, ten konkurs to był chyba najlepszy impuls do rozpoczęcia mojej przygody z pisaniem...
Ale dość już ględzenia, czas na opowiadanie.
Miłej lektury!


Osobliwe drzewo
Słońce, roztaczając czerwoną poświatę, chyliło się ku zachodowi, gdy na skraju lasu po łagodnym stoku telepała się wypełniona po brzegi furmana. Na szczycie gratów siedział Tymon - chłop z pobliskiej wioski. Był wyczerpany i nic w końcu dziwnego - cały dzień pomagał magowi Ongusowi w przeprowadzce. Właśnie wiózł ostatni transport magicznych komponentów, mikstur i substancji, o których działaniu i zastosowaniach wolał nawet nie myśleć.
Tymon toczył się przez drogę między lepiankami pokrytymi strzechą, aż dojechał do nowej wieży czarodzieja. Zawsze, gdy ją widział, zastanawiał się, jak można zbudować coś takiego od fundamentów w jeden dzień.
Zatrzymał konia zbyt gwałtownie, a na furmanie złożonych było zbyt dużo rupieci, dlatego kilka z nich zostało przyciągniętych przez wciąż nieznaną wówczas chłopom siłę grawitacji. Tymon przeraził się - nie wiedział bowiem, jakie skutki mogłyby wywołać wstrząśnięte rzeczy maga. Jego trwogę skumulował przeraźliwy syk eliksirów w jednej z kolb. Jednak po kilku minutach wszystko ucichło, więc Tymon zabrał się do układania pakunków. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak wiele różnorodnych wiózł towarów. Zaczął im się przyglądać.
Asortyment maga był naprawdę imponujący: różnobarwne eliksiry, słoiki z oczami różnej wielkości i innymi kawałkami zwierząt, proszki i tuby ze zwojami. Tu i ówdzie widział małe fiolki z wizerunkiem czaszki namalowanym na wierzchu. Szybko odkładał je na bok odgadując ich przeznaczenie. Nagle jego uwagę przyciągnęła mała, wypłowiała sakiewka z wyhaftowanym liściem. Z nieodpartą ciekawością zajrzał do środka i zobaczył małe nasiona wielkości gorczycy. Natychmiast pomyślał o lesie, który rósł nieopodal, a który został zniszczony w czasie ostatniej wojny. Wtedy to bowiem orkowie wycięli większość drzew do budowy katapult, taranów i innych machin oblężniczych. Bór nie zregenerował się do tej pory - wszędzie można było znaleźć ogromne polany wypełnione ściętymi pniami.
Gdy Tymon był mały, słyszał o magicznych nasionach, z których drzewa wyrastają prawie natychmiast, dlatego wziął kilka i schował do buta. Miał nadzieję, że wyrosną z nich rzeczywiście drzewa z dziecięcych legend i że Ongus nie policzył ich co do jednego. Swój postępek w duchu usprawiedliwiał pomocą chłopom, którzy czerpali wiele korzyści z bujnego niegdyś lasu.
Tymon chwycił jedno z pudeł i otworzył drzwi wieży. Z lekkim niepokojem zaczął wspinać się po spiralnych schodach.
Ongus był wewnątrz, powitał Tymona, gdy tylko ten wychylił głowę z klapy w podłodze.
- Ach, jesteś wreszcie! Czekałem na te składniki.
- Cóżeś tym razem wymodził? - zapytał Tymon, chcąc zająć maga rozmową.
- Wymyśliłem eliksir na zmniejszanie osób i rzeczy.
- A na co to komu?
- Tylko pomyśl… - odparł Ongus. - Moją wieżę musiałem budować od nowa… A gdybym miał ten eliksir, mógłbym zmniejszyć ją do wielkości kufla i przenieść w odpowiednie miejsce wraz ze wszystkimi rzeczami w środku!
- A ja miałbym dzień wolny! - dokończył chłop.
- Oczywiście. Jest tylko jeden szkopuł…
- Czyli że co? - spytał Tymon, nie do końca rozumiejąc znaczenie tego słowa.
- Czyli że musiałbym wymyślić jeszcze jedną miksturę. Na zwiększanie mianowicie. W każdym razie, teraz chcę uwarzyć trochę tej zmniejszającej… Ale niestety, nie widzę składników w tym pudle. Muszę poczekać - zakończył mag z naciskiem, spoglądając na chłopa znacząco.
- Aha, już idę! - Tymon zrozumiał i chwilę później zabrał się do dalszego rozpakowywania wozu.
Było już grubo po północy, gdy wracał do swej chałupy. Ledwo funkcjonował, myślał już tylko o swoim łóżku. Padł znużony i zasnął prawie natychmiast. Śniło mu się, że Ongus zamienił go w psa, którym pomiatali wszyscy w wiosce. Gdy poszedł do maga, by odczynić czar, ten zrobił z niego wiewiórkę i nakazał skakać po drzewach, wyrosłych z magicznych nasion. Po nocy pełnej podobnych koszmarów zbudził się nieco osowiały. Dręczyły go wyrzuty sumienia, więc wciąż odwlekał decyzję o wprowadzeniu swego planu w życie. Próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie, by móc opóźnić działanie i przemyśleć jeszcze raz całą sprawę. Ciągle męczyła go jednak natarczywa pokusa. W końcu wziął jedno z ziaren i poszedł zasiać je za swoją chałupą, pod oknem, by zobaczyć na razie tylko efekt. Tymon postanowił sobie, że gdyby miało wyrosnąć coś podejrzanego, raczej nie będzie problemu z jego wyrwaniem.
Znalazł w miarę odpowiednią ziemię, wykopał mały dołek i umieścił w nim nasionko. Niech się dzieje, co ma się dziać, pomyślał. Postał jeszcze kilka chwil, jakby był to grób, po czym poszedł na pole. Jeszcze przez chwilę myślał o ziarenku, ale wkrótce na tyle wciągnął się w wir pracy, że interesowały go już tylko jego „zwyczajne” rośliny.
Po całym dniu pracy na roli Tymon czuł się zmęczony, tak więc chciał już iść do domu. Nagle w oddali zobaczył wieżę Ongusa wyrastającą spośród chałup, niczym wielkolud w tłumie dzieci. Jak grom powróciła do niego myśl o roślince. Wyrzucał sobie, że przez cały dzień nie doglądał jej, a przecież z magicznymi rzeczami trzeba obchodzić się ostrożnie, zwłaszcza jeśli się nic o nich nie wie. Jego niepokój minął, gdy, na szczęście, nie zobaczył niczego nadzwyczajnego, z jednym wyjątkiem. Roślinka sięgała mu już do pasa.
Pewniakiem to normalne drzewo, tylko rośnie ździebko szybciej, pomyślał chłop. Z lekkim sercem podlał je i udał się do domu.
Tym razem spał jak zabity. Był tak zmęczony, że nic chyba nie byłoby w stanie go zbudzić.
***
Tymon obudził się wczesnym świtem, co stwierdził spoglądając przez okno. Tarcza słońca dopiero co wystawała zza horyzontu. Zdziwił się, że ocknął się tak wcześnie. Jeszcze dziwniejsze było jego odkrycie - leżał na podłodze, która po dalszych obserwacjach okazała się ścianą. Nogi miał przygniecione wywróconym do góry nogami łóżkiem. Spróbował wysilić swoją łepetynę - coś mu nie pasowało. Postanowił wyjść z chałupy, ale trafił na kolejną przeszkodę - miał problem ze znalezieniem drzwi. Dojrzał je w końcu w podłodze, do połowy zakryte stołem, przy którym zwykł jadać posiłki. Nie było innej opcji - musiał wyleźć przez okno, które było mniej więcej na swoim miejscu. Co za czort rozwalił mi domek? - myślał ze złością. Po kilkusekundowych oględzinach owego „czorta” w końcu ujrzał. Jego ukochane drzewko wyrwało i przewróciło dom korzeniami, które wystawały z ziemi i sięgały we wszystkie strony na kilkanaście metrów. Dzieła dokończył szeroki jak sama chałupa pieniek, który niemiłosiernie rozpychał się na poletku Tymona. Prawdziwym szczęściem, że przychodzi mi wstawać najwcześniej z calutkiej wioski… - pomyślał. Nie potrafił jednak znaleźć żadnej sensownej przewagi, jaką dawałoby mu to szczęście. Przysiadł na jednym z wystających korzeni. Co by tu wymodzić? -rozmyślał.
W jego głowie zaiskrzyła myśl, choć był prawie pewien, że się nie uda - zrobił to raczej w akcie desperacji. Poszedł do szopki po siekierę, zamachnął się i uderzył ze wszystkich sił, jednak zamiast wbić się, ostrze odbiło się od drzewa, jak gdyby było z kauczuku, i wypadło mu z rąk.
- Toś ty taka menda… - wysapał Tymon rozcierając dłonie. - Pobawim my się inaczej…
Udał się do lasu po chrust i ściółkę na rozpalenie ogniska. Po kilku minutach można było oglądać już stosik podłożony pod monumentalnym drzewem. Tymon strząsnął iskrę z krzesiwa i z suchych liści od razu wzniósł się płomień. Jednak zamiast zaszkodzić, chciał wymknąć się spod kontroli i zająć się strzechą z dachu przewróconej chałupki. Chłop szybko zakończył jego żywot z pomocą wody ze studni.
Zaniepokoił się nie na żarty - nie mógł znaleźć żadnego rozwiązania z tej jakże kłopotliwej sytuacji. Drzewo bez wątpienia było magiczne. Nawet ogień zaczarowało - zasmucił się Tymon. Ponownie osunął się na wystający z ziemi korzeń. Zrozpaczony myślał nad najczarniejszymi sceneriami, które mogłyby go spotkać ze strony chłopów lub Ongusa. Jego kontemplację przerwał nadchodzący z głębi lasu mężczyzna o czarnych, długich włosach. Ubrany był w szary, lniany płaszcz z kapturem, sięgający aż do ziemi. Przybysz popatrzył krytycznym wzrokiem na drzewo i uśmiechnął się, jakby nie dziwiły go rozmiary pnia, korzeni i korony. Podszedł do Tymona, który zdążył już podnieść się w razie jakiegoś nagłego wypadku, i padł przed nim na kolana.
- Khabei Di - powiedział nieznajomy uroczystym tonem. Miał niski głos. - bo inere waehe khel.
- Eee… Co? - zdumiał się chłop. Nie dość, że miał kłopoty, to jeszcze musiał mu zawracać głowę ten… ktoś? Właściwie kto to u licha był?
Nieznajomy zlustrował Tymona wzrokiem, po czym zaczął nad czymś się zastanawiać.
- To… twoi… d… dzewo? - wydukał.
Tymon jednocześnie z rozbawieniem i zakłopotaniem myślał nad odpowiedzią. Czy drzewo, o którym nic nie wiedział i którego nasionko ukradł, ale stało na miejscu jego chałupy, mógł uznać za swoje?
- Tak… Chyba tak… - odpowiedział w końcu.
Przybysz rozpromienił się.
- To… sz… szpaniale! Jak si na… zywhasz?
Tym razem jednak chłopu nie dane było odpowiedzieć - w ich stronę szedł czerwony ze złości Ongus. Tymon zauważył, że jego szata z lekka promieniała, jakby mag nie potrafił w furii zapanować nad własną mocą. Zatrzymał się przed obcym i ukłonił się mu.
- Womme wech dire fame - powiedział siląc się na spokojny ton, choć widać było, że nie przychodzi mu to łatwo. - Khel boet waret.
- Na - odrzekł z uśmiechem przybysz i zaczął się oddalać. Tymon i Ongus patrzyli na niego, dopóki nie zniknął między drzewami. Chłop był pod wrażeniem wiedzy maga i chciał zapytać, skąd zna ten dziwny język, ale zrezygnował, gdy tylko spoglądnął na jego twarz. Spuścił tylko smętnie głowę.
- Kretynie! Idioto! Cymbale! - krzyczał Ongus. - Kto ci pozwolił?! Jak śmiałeś?! Czy wiesz chociaż cóżeś najlepszego zrobił?! Urżnąć trzeba te lepkie łapska! - zakończył swoją litanię, po czym usiadł na korzeniu, kryjąc twarz w dłoniach. Tymon obawiał się, że swoim wrzaskiem postawił na nogi wszystkich w wiosce.
- Co ja mam z tobą zrobić? - powiedział mag bardziej do siebie. Nie był już zły - raczej zrezygnowany, dlatego chłop chciał dowiedzieć się co nieco o sytuacji, w której się znajdowali.
- Eee… Kto to był? Znata się? - zaczął ostrożnie.
Mag popatrzył na niego i westchnął.
- Nie, nie znam go… To elf.
- Że co? Taki z trójkątnymi uchami? Ale ja myślałem, że one są tylko w opowiastkach mamusi! - krzyknął zdziwiony Tymon.
- Jak widać nie miałeś racji. Przyszedł do ciebie.
- Ale ja go nie znam! Musiał się pomylić, bo i po kiego do mnie?
- A po tego - odpowiedział Ongus spoglądając wymownie na drzewo.
- A co ja, od niego to nasionko gwiz… eee… pożyczyłem?
Ongus spuścił na chwilę głowę, by Tymon nie zauważył czającego się na twarzy maga uśmieszku. Nie chciał zniszczyć powagi sytuacji.
- Otóż mój drogi, niesforny chłopcze… Nasionko, które ode mnie… hmm… „pożyczyłeś”… jest tak zwanym Ziarnem Króla Elfów. Wyrasta z niego drzewo, z którego elfy czynią kwaterę. Wraz z jego wyrośnięciem wybierają kilkunastu spośród siebie i tworzą plemię ze swoim nowym królem na czele… Nadążasz? - przerwał mag widząc, że Tymon zbyt intensywnie drapie się po swojej chłopskiej głowie.
- Ch… chyba tak… To kto im powiedział, że ja to drzewo wyhodowałem?
- Nikt, po prostu to wyczuwają… - odrzekł trochę niepewnie Ongus. - Zresztą, ta tajemnica jest znana tylko im samym...
- Ooo… - zdumiał się chłop. - A ten dziwny, co tu przyszedł, to pewnie był król, tak?
Starzec na chwilę zawahał się.
- I właśnie tu jest problem… Jest nim ktoś inny…
- Kto?
- Ty…
- Ja?! - Tymon doznał uczucia graniczącego z szokiem. - Nawet mnie nikt nie pytał!
- Nie musiał. Posianie tego nasiona i wyhodowanie drzewa wystarczyło. W każdym razie nie możemy dopuścić, by elfy tu zamieszkały. Tym bardziej, że wszyscy chłopi z wioski, za wyjątkiem ciebie oczywiście, musieliby się wyprowadzić. Elfy zwykle nie lubią żyć w pobliżu ludzi.
- Czemu od razu nie dopuścić? A może ja chciałbym być królem? - zaprotestował chłop.
- Uwierz mi, nie chciałbyś…
- A to czemu?
- Po pierwsze, widząc, że nie jesteś elfem, daliby ci obrzydliwy eliksir, po którym stałbyś się nim przynajmniej z wyglądu… - zaczął mag wyliczając na palcach.
- To nawet lepiej - odparł z wahaniem chłop - będę miał trójkątne uszy…
- Co ty z tymi trójkątnymi uszami? One są po prostu trochę spiczaste. Po drugie, elfy nie jedzą mięsa.
- To nic, jakoś se poradzę... - powiedział coraz bardziej zaniepokojony.
- I w końcu po trzecie (jeżeli to też przetrawisz, to bądź sobie tym elfem), nie piją piwa.
- To niech spadają… na drzewo! Ale nie na to, bo je rozwalimy! - gwałtownie zaprotestował Tymon.
- Wiedziałem, że do tej straty nigdy nie dopuścisz - roześmiał się mag.
- Ta jest! I niech się schowają z tymi swoimi szpiczastymi uszami! - zamilkł na chwilę. - Ale… co my tak właściwie możem zrobić? Toż tego nawet żelastwo się nie ima, ogniem też próbowałem.
- Spokojnie, mam swoje sposoby… - rzekł mag z tajemniczym uśmieszkiem.
- Znaczy jakie?
- Najpierw podleję drzewko moim eliksirem na zmniejszanie… Tym, o którym ci wcześniej mówiłem, a potem je wyciągniemy.
- E… To łatwizna, uwiniem się raz-dwa! - uspokoił się Tymon.
- No właśnie… Nie do końca… - powiedział magik z wahaniem. Chłop nie lubił, gdy przerywało mu się jego radość w ten sposób.
- Zawsze coś wadzi… No to czemu nie?
- Otóż… - zaczął z namysłem Ongus. - nie wiem, jak drzewo zareaguje na eliksir. Są dwie możliwości: albo będzie się kurczyć stopniowo, aż w końcu stanie się tycie, albo po prostu od razu zmieni się na takie, pozostawiając w ziemi korytarze po korzeniach. W pierwszym przypadku pół wioski najprawdopodobniej diabli wezmą, choć może będziemy mieli szczęście i zniszczenia nie będą takie duże. Ale jeśli drzewo zmaleje natychmiast, wiosce i tak grozi zapadnięcie. Czemuż, u licha ciężkiego, nie chciało mi się tego sprawdzić, jak robiłem doświadczenia? - zapytał Ongus bijąc się dłonią w czoło.
- Tak źle i tak nie lepiej… Obaczym, co wyjdzie… - podsumował chłop, rozumiejąc choć trochę z wykładu maga. - To idź już lepiej po ten elyksir, bo się zaraz te dziwaki zlezą…
- Może byś nie poganiał, co? - obruszył się Ongus, choć zaczął iść już w stronę wieży. - Wszystko w swoim czasie.

*** 
Ongus odkorkował fiolkę i Tymona niemal natychmiast uderzył wydobywający się smród.
- Ale capi! Z czego to jest? - skrzywił się chłop.
- Trochę tego i trochę tamtego… Moja własna receptura! - powiedział z dumą Ongus.
- Ha! I z czego tu tak się cieszyć? Oczadzieć można!
- Nie przesadzaj, przecież, na swoje szczęście, nie musisz tego pić!
- Racja… - zgodził się Tymon. - No dobra, czyń swoją powinność…
Ongus podszedł do drzewa i hojnie podlał ziemię wokół niego.
- Teraz niech tylko wsiąknie - powiedział Ongus. Był spokojny albo takiego tylko udawał. Czekali kilka minut, w których nie działo się nic nadzwyczajnego. Nagle Tymon usłyszał niesamowicie silny i głośny dźwięk, przypominający trochę grzmot pioruna rozrywającego niebo. Towarzyszyło mu trzęsienie ziemi.
- Co u… - zdążył tylko powiedzieć Tymon, zanim drżenie zrzuciło go z nóg. Szybko stanął w rozkroku, by znowu nie upaść. Wywnioskował, że grzmoty słyszy się zwykle u góry, więc zaczął się bać. Ongus również nie miał zbyt tęgiej miny.
Drzewo tymczasem, metr po metrze, kurczyło się w oczach. W końcu stało się tak małe, że z ledwością sięgało Tymonowi do pasa. Wydawało się, że wszystkie trzęsienia już ustały i tak rzeczywiście było. Jednak nagle powróciły z jeszcze większą siłą. Tymon poczuł, że nie ma gruntu pod nogami i zaczął spadać gdzieś w dół. Zamknął ze strachu oczy i postanowił czekać, co będzie. Uderzył w ziemię z głuchym hukiem. Otworzył oczy i wstał. Znajdował się pośrodku leju głębokiego na kilka metrów i rozciągającego się w każdą stronę trochę dalej, niż wcześniej korzenie. Obok niego z ziemi wystawał kawałek zmniejszonego drzewka, na które splunął z odrazą i Ongusowa, a kogóż by innego, stopa. Szybko zabrał się do odkopywania swojego przyjaciela, który wierzgał próbując się wydostać samodzielnie. Tymon zaczął tam, gdzie powinna mniej więcej znajdować się głowa. Kilka chwil później wyczuł już jego brodę.
- Ostrożniej trochę! - powiedział krztusząc się Ongus. - Ja jeszcze żyję!
- Eee… Wybacz…
- Grabisz sobie, chłopie, oj grabisz…
- Ale to przecie… Hm… - przerwał Tymon napotykając przeszywający wzrok maga.
Po kilku chwilach Ongus wydostał się spod ziemi.
- Dobra, co my tu mamy? - powiedział, wypluwając piach z ust i otrzepując szatę. - O żesz…
- Też się zdziwiłem - zgodził się Tymon. - Skąd to?
- Korzenie drzewa tak się rozrosły… Były widocznie strasznie grube… Utworzone przez nie korytarze nie wytrzymały wstrząsów i ot, cała filozofia! - zakończył Ongus.
- Ooo! - zachwycił się Tymon. Bardzo lubił takie pełne niezrozumiałych dla niego słów wywody maga. - Ale co zrobimy?
- Przypuszczam, że ten cały rumor postawił całą wieś na nogi… - odpowiedział Ongus. - Mam nadzieję, że nawet chłopi nie są tak głupi, żeby nie zobaczyć takiego dołka… Mam nadzieję… - powtórzył z wahaniem.
Tymon zaczął rozmyślać nad reakcją chłopów i ich głupimi wyrazami twarzy, gdy zobaczą dziwne zjawisko. Uśmiechał się pod nosem, choć wiedział, że jego spokojne poza ostatnimi dniami życie jest lekko zagrożone.
- Swoją drogą - przerwał nagle ciszę Ongus z ironicznym uśmiechem - ciekaw jestem, gdzie podziewa się teraz twoja mała chałupinka.
Tymonowi serce podskoczyło do gardła. Przecież skoro drzewo zasiał pod oknem, to teraz domek jest gdzieś pod nimi. Był też bardziej, niż pewien, że nie mógł się zachować w całości.
- To cię może oduczy „pożyczania” bez pozwolenia, zwłaszcza moich rzeczy - triumfował Ongus.
- Zdaje się, że nowy domek zbudować trzeba by - rzekł Tymon ze smutkiem w głosie. - Może mógłbyś mi trochę pomóc?
- O nie, mój drogi - powiedział Ongus, grożąc palcem. - Z tego bagna musisz wykopać się sam.
Tymon chciał powiedzieć Ongusowi, co o nim myśli, a nie były to w każdym razie superlatywy, gdy nagle usłyszeli głos dobiegający z góry.
- O żesz w mordę! Patrzajta, com tu znalazł! - ktoś nareszcie się obudził i zauważył dziurę.
- Coż to jest? - usłyszeli inny głos. - Skąd to wogle się zrobiło?
Tymon i Ongus ujrzeli kilkanaście głów, których posiadacze zaglądali w tajemnicze „coś”.
- Panowie! - odezwał się pierwszy Ongus. - Pomóżcie nam, co? Będziemy wdzięczni, jeśli nas stąd na przykład wyciągniecie!
- Eee… Dobra, cosik się wymodzi… - dobiegła do niego odpowiedź.
- Tylko ruchy, bo się calutka wioska zawali! - ponaglił ich mag.
Rzeczywiście, groźba przyniosła spodziewany efekt i chłopi natychmiast ruszyli na poszukiwanie czegoś, co pomogłoby w ich chlubnej misji ratowania wsi. Ongus z trudem powstrzymywał śmiech, słysząc dochodzące zza krateru głosy.
W końcu wieśniacy przytargali sieć od miejscowego rybaka.
- Złapta się! - krzyknął któryś.
Obaj uwięzieni zrobili, co im kazano, Tymon chwycił również zmniejszone drzewko. Wkrótce potem chłopi wciągnęli ich na górę. Patrzyli na Ongusa ze strachem na ich prostych twarzach.
- Co jest? - zdziwił się mag. - Ach, tak! Wioska uratowana!
Rozległ się okrzyk radości.
Nagle Tymon zaczął ciągnąć Ongusa za rękaw szaty.
- Eee… Tego… Patrz… - wyjąkał. Wszyscy spojrzeli w kierunku przez niego pokazywanym.
Zza wzgórza wychynęło kilka postaci niosących tobołki różnej wielkości i kształtów.
- No ładnie, jeszcze tych brakuje… - rzekł Ongus zrezygnowany.
- Znaczy… Kto to? - spytał jeden z wieśniaków.
- Elfy - odparł dumnie Tymon. - Przyjszły po drzewo.
Niesamowita wiedza Tymona zaimponowała chłopom. Rozległy się pomruki zdumienia i uznania.
Tymczasem elfy zatrzymały się nagle. Na ich czele stał ten, z którym wcześniej spotkał się Tymon. Teraz patrzył ze strachem w dziurę - miejsce, gdzie jeszcze kilka godzin temu widział drzewo. Odwrócił się do swoich pobratymców i zaczęli rozmawiać zduszonymi głosami. Po kilku minutach elf - przywódca okrążył wielki dół i podszedł niepewnym krokiem do Tymona. Chłopi patrzyli na tę dziwną scenę jak zaczarowani.
- Cz… czo si… stao? - zaczął elf. Był kompletnie załamany. - panie, dzie nas… se dzewo?
- Niestety! - wtrącił się Ongus, zanim „pan” zdążył cokolwiek powiedzieć. Tymon był mu niezmiernie wdzięczny. - Gdy oddaliłeś się od nas, nawiedziły nas nikczemne krasnoludy, które w swojej nienawiści podłożyły pod drzewo piekielne ognie, nie chcąc dopuścić do elfickiego rozwoju! To wszystko, co zostało z naszego biednego domu… - mówiąc to wyrwał Tymonowi drzewko i podał je elfowi. - Wszyscy jesteśmy zrozpaczeni! - zakończył swoją przemowę teatralnym gestem mającym oznaczać żal.
- To straszne! - krzyknął ze łzami w oczach przybysz. - Czo my terasz bidny poćnimy?
- Musicie niestety wrócić do swojego starego plemienia i błagać o wybaczenie! - Ongus widocznie polubił swoją rolę.
Elf spuścił z niezmierzonym smutkiem głowę i ruszył w stronę swoich rodaków. Gdy do nich doszedł, wyszepnął tylko kilka słów tłumaczenia, a potem wszyscy odeszli. Zdumieni chłopi i Ongus z Tymonem odprowadzali przybyszów wzrokiem.
- Krasnoludy? - spytał nagle Tymon. - Coś ty im nagadał?
- Nie zaszkodzi im, i tak nie żyją z nimi w przyjaźni - odparł Ongus. - Niezły ubaw, swoją drogą. - roześmiał się.
- Nie wiem, co się tu wyczynia, ale idę na piwo… - rzekł jeden z chłopów. Wkrótce również inni usłuchali rozsądnego głosu kompana i ruszyli do karczmy. Nad dołem stali już tylko Tymon i Ongus.
- No i spokój - zaczął Ongus. - dół się zakopie, zbudujesz sobie domek…
- Przynajmniej pole będzie zaorane ładnie… - próbował pocieszyć się Tymon.
- Szkoda, że żniwa… - zauważył złośliwie Ongus.
- Ech, jakoś to będzie…
- Masz przynajmniej nauczkę. A kiedy następnym razem znów zaswędzą cię łapy - rzekł znów Ongus - daj znać, bo w końcu dojdzie do jakiejś katastrofy…
Nagle Tymon palnął się w czoło i zdjął but, w którym, zdawałoby się, wieki temu schował nasiona drzewa. Wysypał je na rękę i podał Ongusowi.
- Mnie już się na nic chyba nie przydadzą, chociaż ciekawe, jak by to było być królem…
Ongus z obrzydzeniem odebrał swoją własność i schował do kieszeni szaty.
- Nie wiem, ale bez piwa byś chyba nie wytrzymał, co?
- Ano… - zgodził się Tymon.
- No to chodźmy korzystać z tego, z czego zrezygnować nie umiałeś.
Tymon uśmiechnął się i odeszli, by dołączyć do swoich towarzyszy - chłopów.