Odkąd zobaczyłem
w trailerze drugiej części "Hobbita" Legolasa, zarzekałem
się, że nie pójdę na to do kina, że co oni zrobili, że już
tylko kasę chcą trzepać. Postanowiłem jedno, a zrobiłem co
innego. W sumie może głównie dlatego, że nie miałem żadnych
innych planów na niedzielę, ale zawsze. Jakie moje wrażenia po
obejrzeniu? Ano cóż...
Może najpierw
spróbuję porównać część drugą do "jedynki". Po
wyjściu z kina rok temu zasłyszane przeze mnie opinie podzieliły
się na dwa stronnictwa: na tych, którzy się zanudzili na śmierć,
spali wręcz, i na tych, którzy rozwlekłość uważali za zaletę.
Ja należałem do tej drugiej grupy - moim zdaniem atutem tego filmu
była dokładność w stosunku do książki i ukazanie niemal każdej
sceny, nawet dialogi niewiele się różniły od tych książkowych.
Takie zdanie mieli głównie ci, którzy "Hobbita" czytali.
Co do drugiej
części, uważam, że przeczytanie książki mogło uczynić
oglądanie filmu mniej przyjemnym. Ci, którzy nudzili się na
"Niezwykłej podróży", nie powinni mówić tego samego o
"Pustkowiu Smauga". Mankamentem była jednak duża
rozbieżność między filmem i książką. Próbując sytuację do
czegoś porównać, pomyślałem o cRPG-u Baldur's Gate. Ogólnie
rzecz ujmując, za każdym razem jest w niej do zrobienia to samo,
różnią się jednak sposoby wykonywania zadań. Te same realia i
postaci, jednak trochę inny bieg wydarzeń. Podobnie wypada
porównanie między książką a filmem (no, może nie wszystkie
postacie powtarzają się tu i tu).
Moim zdaniem
powstało coś zupełnie innego, niż w książce, taka historia
alternatywna. Co nie znaczy, że od razu gorsza, choć w filmie
bywały motywy niepotrzebnie ckliwe, lub sceny jakby żywcem wyjęte
z kina akcji, ale może dzięki nim ten "Hobbit" był
również atrakcyjny.
Nie żałuję
pieniędzy wydanych na ten film. Po prostu, po przeczytaniu książki,
trzeba czasem przymykać oko. Przynajmniej nikt chyba nie może
narzekać na nudny seans.
Aha. Jeśli
oglądasz film w 3D, uwaga na głowę orka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz