Ale dość już ględzenia, czas na opowiadanie.
Miłej lektury!
Osobliwe
drzewo
Słońce,
roztaczając czerwoną poświatę, chyliło się ku zachodowi, gdy
na skraju lasu po łagodnym stoku telepała się wypełniona po
brzegi furmana. Na szczycie gratów siedział Tymon - chłop z
pobliskiej wioski. Był wyczerpany i nic w końcu dziwnego - cały
dzień pomagał magowi Ongusowi w przeprowadzce. Właśnie wiózł
ostatni transport magicznych komponentów, mikstur i substancji,
o których działaniu i zastosowaniach wolał nawet nie myśleć.
Tymon
toczył się przez drogę między lepiankami pokrytymi strzechą, aż
dojechał do nowej wieży czarodzieja. Zawsze, gdy ją widział,
zastanawiał się, jak można zbudować coś takiego od fundamentów
w jeden dzień.
Zatrzymał konia zbyt gwałtownie, a na furmanie złożonych było zbyt dużo rupieci, dlatego kilka z nich zostało przyciągniętych przez wciąż nieznaną wówczas chłopom siłę grawitacji. Tymon przeraził się - nie wiedział bowiem, jakie skutki mogłyby wywołać wstrząśnięte rzeczy maga. Jego trwogę skumulował przeraźliwy syk eliksirów w jednej z kolb. Jednak po kilku minutach wszystko ucichło, więc Tymon zabrał się do układania pakunków. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak wiele różnorodnych wiózł towarów. Zaczął im się przyglądać.
Zatrzymał konia zbyt gwałtownie, a na furmanie złożonych było zbyt dużo rupieci, dlatego kilka z nich zostało przyciągniętych przez wciąż nieznaną wówczas chłopom siłę grawitacji. Tymon przeraził się - nie wiedział bowiem, jakie skutki mogłyby wywołać wstrząśnięte rzeczy maga. Jego trwogę skumulował przeraźliwy syk eliksirów w jednej z kolb. Jednak po kilku minutach wszystko ucichło, więc Tymon zabrał się do układania pakunków. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak wiele różnorodnych wiózł towarów. Zaczął im się przyglądać.
Asortyment
maga był naprawdę imponujący: różnobarwne eliksiry, słoiki z
oczami różnej wielkości i innymi kawałkami zwierząt, proszki i
tuby ze zwojami. Tu i ówdzie widział małe fiolki z wizerunkiem
czaszki namalowanym na wierzchu. Szybko odkładał je na bok
odgadując ich przeznaczenie. Nagle jego uwagę przyciągnęła mała,
wypłowiała sakiewka z wyhaftowanym liściem. Z nieodpartą
ciekawością zajrzał do środka i zobaczył małe nasiona wielkości
gorczycy. Natychmiast pomyślał o lesie, który rósł nieopodal, a
który został zniszczony w czasie ostatniej wojny. Wtedy to bowiem
orkowie wycięli większość drzew do budowy katapult, taranów i
innych machin oblężniczych. Bór nie zregenerował się do tej pory
- wszędzie można było znaleźć ogromne polany wypełnione
ściętymi pniami.
Gdy
Tymon był mały, słyszał o magicznych nasionach, z których drzewa
wyrastają prawie natychmiast, dlatego wziął kilka i schował do
buta. Miał nadzieję, że wyrosną z nich rzeczywiście drzewa z
dziecięcych legend i że Ongus nie policzył ich co do jednego. Swój
postępek w duchu usprawiedliwiał pomocą chłopom, którzy czerpali
wiele korzyści z bujnego niegdyś lasu.
Tymon
chwycił jedno z pudeł i otworzył drzwi wieży. Z lekkim niepokojem
zaczął wspinać się po spiralnych schodach.
Ongus
był wewnątrz, powitał Tymona, gdy tylko ten wychylił głowę z
klapy w podłodze.
-
Ach, jesteś wreszcie! Czekałem na te składniki.
-
Cóżeś tym razem wymodził? - zapytał Tymon, chcąc zająć maga
rozmową.
-
Wymyśliłem eliksir na zmniejszanie osób i rzeczy.
-
A na co to komu?
-
Tylko pomyśl… - odparł Ongus. - Moją wieżę musiałem budować
od nowa… A gdybym miał ten eliksir, mógłbym zmniejszyć ją do
wielkości kufla i przenieść w odpowiednie miejsce wraz ze
wszystkimi rzeczami w środku!
-
A ja miałbym dzień wolny! - dokończył chłop.
-
Oczywiście. Jest tylko jeden szkopuł…
-
Czyli że co? - spytał Tymon, nie do końca rozumiejąc znaczenie
tego słowa.
- Czyli że musiałbym wymyślić jeszcze jedną miksturę. Na zwiększanie mianowicie. W każdym razie, teraz chcę uwarzyć trochę tej zmniejszającej… Ale niestety, nie widzę składników w tym pudle. Muszę poczekać - zakończył mag z naciskiem, spoglądając na chłopa znacząco.
- Czyli że musiałbym wymyślić jeszcze jedną miksturę. Na zwiększanie mianowicie. W każdym razie, teraz chcę uwarzyć trochę tej zmniejszającej… Ale niestety, nie widzę składników w tym pudle. Muszę poczekać - zakończył mag z naciskiem, spoglądając na chłopa znacząco.
-
Aha, już idę! - Tymon zrozumiał i chwilę później zabrał się
do dalszego rozpakowywania wozu.
Było
już grubo po północy, gdy wracał do swej chałupy. Ledwo
funkcjonował, myślał już tylko o swoim łóżku. Padł znużony i
zasnął prawie natychmiast. Śniło mu się, że Ongus zamienił go
w psa, którym pomiatali wszyscy w wiosce. Gdy poszedł do maga, by
odczynić czar, ten zrobił z niego wiewiórkę i nakazał skakać po
drzewach, wyrosłych z magicznych nasion. Po nocy pełnej podobnych
koszmarów zbudził się nieco osowiały. Dręczyły go wyrzuty
sumienia, więc wciąż odwlekał decyzję o wprowadzeniu swego planu
w życie. Próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie, by móc
opóźnić działanie i przemyśleć jeszcze raz całą sprawę.
Ciągle męczyła go jednak natarczywa pokusa. W końcu wziął jedno
z ziaren i poszedł zasiać je za swoją chałupą, pod oknem, by
zobaczyć na razie tylko efekt. Tymon postanowił sobie, że gdyby
miało wyrosnąć coś podejrzanego, raczej nie będzie problemu z
jego wyrwaniem.
Znalazł
w miarę odpowiednią ziemię, wykopał mały dołek i umieścił w
nim nasionko. Niech się dzieje, co ma się dziać, pomyślał.
Postał jeszcze kilka chwil, jakby był to grób, po czym poszedł na
pole. Jeszcze przez chwilę myślał o ziarenku, ale wkrótce na tyle
wciągnął się w wir pracy, że interesowały go już tylko jego
„zwyczajne” rośliny.
Po
całym dniu pracy na roli Tymon czuł się zmęczony, tak więc
chciał już iść do domu. Nagle w oddali zobaczył wieżę Ongusa
wyrastającą spośród chałup, niczym wielkolud w tłumie dzieci.
Jak grom powróciła do niego myśl o roślince. Wyrzucał sobie, że
przez cały dzień nie doglądał jej, a przecież z magicznymi
rzeczami trzeba obchodzić się ostrożnie, zwłaszcza jeśli się
nic o nich nie wie. Jego niepokój minął, gdy, na szczęście, nie
zobaczył niczego nadzwyczajnego, z jednym wyjątkiem. Roślinka
sięgała mu już do pasa.
Pewniakiem to normalne drzewo, tylko rośnie ździebko szybciej, pomyślał chłop. Z lekkim sercem podlał je i udał się do domu.
Pewniakiem to normalne drzewo, tylko rośnie ździebko szybciej, pomyślał chłop. Z lekkim sercem podlał je i udał się do domu.
Tym
razem spał jak zabity. Był tak zmęczony, że nic chyba nie byłoby
w stanie go zbudzić.
***
Tymon
obudził się wczesnym świtem, co stwierdził spoglądając przez
okno. Tarcza słońca dopiero co wystawała zza horyzontu. Zdziwił
się, że ocknął się tak wcześnie. Jeszcze dziwniejsze było jego
odkrycie - leżał na podłodze, która po dalszych obserwacjach
okazała się ścianą. Nogi miał przygniecione wywróconym do góry
nogami łóżkiem. Spróbował wysilić swoją łepetynę - coś mu
nie pasowało. Postanowił wyjść z chałupy, ale trafił na kolejną
przeszkodę - miał problem ze znalezieniem drzwi. Dojrzał je w
końcu w podłodze, do połowy zakryte stołem, przy którym zwykł
jadać posiłki. Nie było innej opcji - musiał wyleźć przez okno,
które było mniej więcej na swoim miejscu. Co za czort rozwalił mi
domek? - myślał ze złością. Po kilkusekundowych oględzinach
owego „czorta” w końcu ujrzał. Jego ukochane drzewko wyrwało i
przewróciło dom korzeniami, które wystawały z ziemi i sięgały
we wszystkie strony na kilkanaście metrów. Dzieła dokończył
szeroki jak sama chałupa pieniek, który niemiłosiernie rozpychał
się na poletku Tymona. Prawdziwym szczęściem, że przychodzi mi
wstawać najwcześniej z calutkiej wioski… - pomyślał. Nie
potrafił jednak znaleźć żadnej sensownej przewagi, jaką dawałoby
mu to szczęście. Przysiadł na jednym z wystających korzeni. Co by
tu wymodzić? -rozmyślał.
W
jego głowie zaiskrzyła myśl, choć był prawie pewien, że się
nie uda - zrobił to raczej w akcie desperacji. Poszedł do szopki po
siekierę, zamachnął się i uderzył ze wszystkich sił, jednak
zamiast wbić się, ostrze odbiło się od drzewa, jak gdyby było z
kauczuku, i wypadło mu z rąk.
-
Toś ty taka menda… - wysapał Tymon rozcierając dłonie. -
Pobawim my się inaczej…
Udał
się do lasu po chrust i ściółkę na rozpalenie ogniska. Po kilku
minutach można było oglądać już stosik podłożony pod
monumentalnym drzewem. Tymon strząsnął iskrę z krzesiwa i z
suchych liści od razu wzniósł się płomień. Jednak zamiast
zaszkodzić, chciał wymknąć się spod kontroli i zająć się
strzechą z dachu przewróconej chałupki. Chłop szybko zakończył
jego żywot z pomocą wody ze studni.
Zaniepokoił
się nie na żarty - nie mógł znaleźć żadnego rozwiązania z tej
jakże kłopotliwej sytuacji. Drzewo bez wątpienia było magiczne.
Nawet ogień zaczarowało - zasmucił się Tymon. Ponownie osunął
się na wystający z ziemi korzeń. Zrozpaczony myślał nad
najczarniejszymi sceneriami, które mogłyby go spotkać ze strony
chłopów lub Ongusa. Jego kontemplację przerwał nadchodzący z
głębi lasu mężczyzna o czarnych, długich włosach. Ubrany był w
szary, lniany płaszcz z kapturem, sięgający aż do ziemi. Przybysz
popatrzył krytycznym wzrokiem na drzewo i uśmiechnął się, jakby
nie dziwiły go rozmiary pnia, korzeni i korony. Podszedł do Tymona,
który zdążył już podnieść się w razie jakiegoś nagłego
wypadku, i padł przed nim na kolana.
-
Khabei Di - powiedział nieznajomy uroczystym tonem. Miał niski
głos. - bo inere waehe khel.
-
Eee… Co? - zdumiał się chłop. Nie dość, że miał kłopoty, to
jeszcze musiał mu zawracać głowę ten… ktoś? Właściwie kto to
u licha był?
Nieznajomy
zlustrował Tymona wzrokiem, po czym zaczął nad czymś się
zastanawiać.
-
To… twoi… d… dzewo? - wydukał.
Tymon
jednocześnie z rozbawieniem i zakłopotaniem myślał nad
odpowiedzią. Czy drzewo, o którym nic nie wiedział i którego
nasionko ukradł, ale stało na miejscu jego chałupy, mógł uznać
za swoje?
-
Tak… Chyba tak… - odpowiedział w końcu.
Przybysz
rozpromienił się.
-
To… sz… szpaniale! Jak si na… zywhasz?
Tym
razem jednak chłopu nie dane było odpowiedzieć - w ich stronę
szedł czerwony ze złości Ongus. Tymon zauważył, że jego szata z
lekka promieniała, jakby mag nie potrafił w furii zapanować nad
własną mocą. Zatrzymał się przed obcym i ukłonił się mu.
-
Womme wech dire fame - powiedział siląc się na spokojny ton, choć
widać było, że nie przychodzi mu to łatwo. - Khel boet waret.
-
Na - odrzekł z uśmiechem przybysz i zaczął się oddalać. Tymon i
Ongus patrzyli na niego, dopóki nie zniknął między drzewami.
Chłop był pod wrażeniem wiedzy maga i chciał zapytać, skąd zna
ten dziwny język, ale zrezygnował, gdy tylko spoglądnął na jego
twarz. Spuścił tylko smętnie głowę.
-
Kretynie! Idioto! Cymbale! - krzyczał Ongus. - Kto ci pozwolił?!
Jak śmiałeś?! Czy wiesz chociaż cóżeś najlepszego zrobił?!
Urżnąć trzeba te lepkie łapska! - zakończył swoją litanię, po
czym usiadł na korzeniu, kryjąc twarz w dłoniach. Tymon obawiał
się, że swoim wrzaskiem postawił na nogi wszystkich w wiosce.
-
Co ja mam z tobą zrobić? - powiedział mag bardziej do siebie. Nie
był już zły - raczej zrezygnowany, dlatego chłop chciał
dowiedzieć się co nieco o sytuacji, w której się znajdowali.
-
Eee… Kto to był? Znata się? - zaczął ostrożnie.
Mag
popatrzył na niego i westchnął.
-
Nie, nie znam go… To elf.
- Że co? Taki z trójkątnymi uchami? Ale ja myślałem, że one są
tylko w opowiastkach mamusi! - krzyknął zdziwiony Tymon.
-
Jak widać nie miałeś racji. Przyszedł do ciebie.
-
Ale ja go nie znam! Musiał się pomylić, bo i po kiego do mnie?
-
A po tego - odpowiedział Ongus spoglądając wymownie na drzewo.
-
A co ja, od niego to nasionko gwiz… eee… pożyczyłem?
Ongus
spuścił na chwilę głowę, by Tymon nie zauważył czającego się
na twarzy maga uśmieszku. Nie chciał zniszczyć powagi sytuacji.
-
Otóż mój drogi, niesforny chłopcze… Nasionko, które ode mnie…
hmm… „pożyczyłeś”… jest tak zwanym Ziarnem Króla Elfów.
Wyrasta z niego drzewo, z którego elfy czynią kwaterę. Wraz z jego
wyrośnięciem wybierają kilkunastu spośród siebie i tworzą
plemię ze swoim nowym królem na czele… Nadążasz? - przerwał
mag widząc, że Tymon zbyt intensywnie drapie się po swojej
chłopskiej głowie.
-
Ch… chyba tak… To kto im powiedział, że ja to drzewo
wyhodowałem?
-
Nikt, po prostu to wyczuwają… - odrzekł trochę niepewnie Ongus.
- Zresztą, ta tajemnica jest znana tylko im samym...
-
Ooo… - zdumiał się chłop. - A ten dziwny, co tu przyszedł, to
pewnie był król, tak?
Starzec
na chwilę zawahał się.
-
I właśnie tu jest problem… Jest nim ktoś inny…
-
Kto?
-
Ty…
-
Ja?! - Tymon doznał uczucia graniczącego z szokiem. - Nawet mnie
nikt nie pytał!
-
Nie musiał. Posianie tego nasiona i wyhodowanie drzewa wystarczyło.
W każdym razie nie możemy dopuścić, by elfy tu zamieszkały. Tym
bardziej, że wszyscy chłopi z wioski, za wyjątkiem ciebie
oczywiście, musieliby się wyprowadzić. Elfy zwykle nie lubią żyć
w pobliżu ludzi.
-
Czemu od razu nie dopuścić? A może ja chciałbym być królem? -
zaprotestował chłop.
-
Uwierz mi, nie chciałbyś…
-
A to czemu?
-
Po pierwsze, widząc, że nie jesteś elfem, daliby ci obrzydliwy
eliksir, po którym stałbyś się nim przynajmniej z wyglądu… -
zaczął mag wyliczając na palcach.
-
To nawet lepiej - odparł z wahaniem chłop - będę miał trójkątne
uszy…
-
Co ty z tymi trójkątnymi uszami? One są po prostu trochę
spiczaste. Po drugie, elfy nie jedzą mięsa.
-
To nic, jakoś se poradzę... - powiedział coraz bardziej
zaniepokojony.
-
I w końcu po trzecie (jeżeli to też przetrawisz, to bądź sobie
tym elfem), nie piją piwa.
-
To niech spadają… na drzewo! Ale nie na to, bo je rozwalimy! -
gwałtownie zaprotestował Tymon.
-
Wiedziałem, że do tej straty nigdy nie dopuścisz - roześmiał się
mag.
-
Ta jest! I niech się schowają z tymi swoimi szpiczastymi uszami! -
zamilkł na chwilę. - Ale… co my tak właściwie możem zrobić?
Toż tego nawet żelastwo się nie ima, ogniem też próbowałem.
-
Spokojnie, mam swoje sposoby… - rzekł mag z tajemniczym
uśmieszkiem.
-
Znaczy jakie?
-
Najpierw podleję drzewko moim eliksirem na zmniejszanie… Tym, o
którym ci wcześniej mówiłem, a potem je wyciągniemy.
-
E… To łatwizna, uwiniem się raz-dwa! - uspokoił się Tymon.
-
No właśnie… Nie do końca… - powiedział magik z wahaniem.
Chłop nie lubił, gdy przerywało mu się jego radość w ten
sposób.
-
Zawsze coś wadzi… No to czemu nie?
-
Otóż… - zaczął z namysłem Ongus. - nie wiem, jak drzewo
zareaguje na eliksir. Są dwie możliwości: albo będzie się
kurczyć stopniowo, aż w końcu stanie się tycie, albo po prostu od
razu zmieni się na takie, pozostawiając w ziemi korytarze po
korzeniach. W pierwszym przypadku pół wioski najprawdopodobniej
diabli wezmą, choć może będziemy mieli szczęście i zniszczenia
nie będą takie duże. Ale jeśli drzewo zmaleje natychmiast, wiosce
i tak grozi zapadnięcie. Czemuż, u licha ciężkiego, nie chciało
mi się tego sprawdzić, jak robiłem doświadczenia? - zapytał
Ongus bijąc się dłonią w czoło.
-
Tak źle i tak nie lepiej… Obaczym, co wyjdzie… - podsumował
chłop, rozumiejąc choć trochę z wykładu maga. - To idź już
lepiej po ten elyksir, bo się zaraz te dziwaki zlezą…
-
Może byś nie poganiał, co? - obruszył się Ongus, choć zaczął
iść już w stronę wieży. - Wszystko w swoim czasie.
***
Ongus odkorkował fiolkę i Tymona niemal natychmiast uderzył wydobywający się smród.
Ongus odkorkował fiolkę i Tymona niemal natychmiast uderzył wydobywający się smród.
-
Ale capi! Z czego to jest? - skrzywił się chłop.
-
Trochę tego i trochę tamtego… Moja własna receptura! -
powiedział z dumą Ongus.
-
Ha! I z czego tu tak się cieszyć? Oczadzieć można!
-
Nie przesadzaj, przecież, na swoje szczęście, nie musisz tego pić!
-
Racja… - zgodził się Tymon. - No dobra, czyń swoją powinność…
Ongus
podszedł do drzewa i hojnie podlał ziemię wokół niego.
-
Teraz niech tylko wsiąknie - powiedział Ongus. Był spokojny albo
takiego tylko udawał. Czekali kilka minut, w których nie działo
się nic nadzwyczajnego. Nagle Tymon usłyszał niesamowicie silny i
głośny dźwięk, przypominający trochę grzmot pioruna
rozrywającego niebo. Towarzyszyło mu trzęsienie ziemi.
-
Co u… - zdążył tylko powiedzieć Tymon, zanim drżenie zrzuciło
go z nóg. Szybko stanął w rozkroku, by znowu nie upaść.
Wywnioskował, że grzmoty słyszy się zwykle u góry, więc zaczął
się bać. Ongus również nie miał zbyt tęgiej miny.
Drzewo
tymczasem, metr po metrze, kurczyło się w oczach. W końcu stało
się tak małe, że z ledwością sięgało Tymonowi do pasa.
Wydawało się, że wszystkie trzęsienia już ustały i tak
rzeczywiście było. Jednak nagle powróciły z jeszcze większą
siłą. Tymon poczuł, że nie ma gruntu pod nogami i zaczął spadać
gdzieś w dół. Zamknął ze strachu oczy i postanowił czekać, co
będzie. Uderzył w ziemię z głuchym hukiem. Otworzył oczy i
wstał. Znajdował się pośrodku leju głębokiego na kilka metrów
i rozciągającego się w każdą stronę trochę dalej, niż
wcześniej korzenie. Obok niego z ziemi wystawał kawałek
zmniejszonego drzewka, na które splunął z odrazą i Ongusowa, a
kogóż by innego, stopa. Szybko zabrał się do odkopywania swojego
przyjaciela, który wierzgał próbując się wydostać samodzielnie.
Tymon zaczął tam, gdzie powinna mniej więcej znajdować się
głowa. Kilka chwil później wyczuł już jego brodę.
-
Ostrożniej trochę! - powiedział krztusząc się Ongus. - Ja
jeszcze żyję!
-
Eee… Wybacz…
-
Grabisz sobie, chłopie, oj grabisz…
-
Ale to przecie… Hm… - przerwał Tymon napotykając przeszywający
wzrok maga.
Po
kilku chwilach Ongus wydostał się spod ziemi.
-
Dobra, co my tu mamy? - powiedział, wypluwając piach z ust i
otrzepując szatę. - O żesz…
-
Też się zdziwiłem - zgodził się Tymon. - Skąd to?
-
Korzenie drzewa tak się rozrosły… Były widocznie strasznie
grube… Utworzone przez nie korytarze nie wytrzymały wstrząsów i
ot, cała filozofia! - zakończył Ongus.
-
Ooo! - zachwycił się Tymon. Bardzo lubił takie pełne
niezrozumiałych dla niego słów wywody maga. - Ale co zrobimy?
-
Przypuszczam, że ten cały rumor postawił całą wieś na nogi… -
odpowiedział Ongus. - Mam nadzieję, że nawet chłopi nie są tak
głupi, żeby nie zobaczyć takiego dołka… Mam nadzieję… -
powtórzył z wahaniem.
Tymon
zaczął rozmyślać nad reakcją chłopów i ich głupimi wyrazami
twarzy, gdy zobaczą dziwne zjawisko. Uśmiechał się pod nosem,
choć wiedział, że jego spokojne poza ostatnimi dniami życie jest
lekko zagrożone.
-
Swoją drogą - przerwał nagle ciszę Ongus z ironicznym uśmiechem
- ciekaw jestem, gdzie podziewa się teraz twoja mała chałupinka.
Tymonowi
serce podskoczyło do gardła. Przecież skoro drzewo zasiał pod
oknem, to teraz domek jest gdzieś pod nimi. Był też bardziej, niż
pewien, że nie mógł się zachować w całości.
-
To cię może oduczy „pożyczania” bez pozwolenia, zwłaszcza
moich rzeczy - triumfował Ongus.
-
Zdaje się, że nowy domek zbudować trzeba by - rzekł Tymon ze
smutkiem w głosie. - Może mógłbyś mi trochę pomóc?
-
O nie, mój drogi - powiedział Ongus, grożąc palcem. - Z tego
bagna musisz wykopać się sam.
Tymon
chciał powiedzieć Ongusowi, co o nim myśli, a nie były to w
każdym razie superlatywy, gdy nagle usłyszeli głos dobiegający z
góry.
-
O żesz w mordę! Patrzajta, com tu znalazł! - ktoś nareszcie się
obudził i zauważył dziurę.
-
Coż to jest? - usłyszeli inny głos. - Skąd to wogle się zrobiło?
Tymon
i Ongus ujrzeli kilkanaście głów, których posiadacze zaglądali w
tajemnicze „coś”.
-
Panowie! - odezwał się pierwszy Ongus. - Pomóżcie nam, co?
Będziemy wdzięczni, jeśli nas stąd na przykład wyciągniecie!
-
Eee… Dobra, cosik się wymodzi… - dobiegła do niego odpowiedź.
-
Tylko ruchy, bo się calutka wioska zawali! - ponaglił ich mag.
Rzeczywiście,
groźba przyniosła spodziewany efekt i chłopi natychmiast ruszyli
na poszukiwanie czegoś, co pomogłoby w ich chlubnej misji ratowania
wsi. Ongus z trudem powstrzymywał śmiech, słysząc dochodzące zza
krateru głosy.
W
końcu wieśniacy przytargali sieć od miejscowego rybaka.
-
Złapta się! - krzyknął któryś.
Obaj
uwięzieni zrobili, co im kazano, Tymon chwycił również
zmniejszone drzewko. Wkrótce potem chłopi wciągnęli ich na górę.
Patrzyli na Ongusa ze strachem na ich prostych twarzach.
-
Co jest? - zdziwił się mag. - Ach, tak! Wioska uratowana!
Rozległ
się okrzyk radości.
Nagle
Tymon zaczął ciągnąć Ongusa za rękaw szaty.
-
Eee… Tego… Patrz… - wyjąkał. Wszyscy spojrzeli w kierunku
przez niego pokazywanym.
Zza
wzgórza wychynęło kilka postaci niosących tobołki różnej
wielkości i kształtów.
-
No ładnie, jeszcze tych brakuje… - rzekł Ongus zrezygnowany.
-
Znaczy… Kto to? - spytał jeden z wieśniaków.
-
Elfy - odparł dumnie Tymon. - Przyjszły po drzewo.
Niesamowita
wiedza Tymona zaimponowała chłopom. Rozległy się pomruki
zdumienia i uznania.
Tymczasem
elfy zatrzymały się nagle. Na ich czele stał ten, z którym
wcześniej spotkał się Tymon. Teraz patrzył ze strachem w dziurę
- miejsce, gdzie jeszcze kilka godzin temu widział drzewo. Odwrócił
się do swoich pobratymców i zaczęli rozmawiać zduszonymi głosami.
Po kilku minutach elf - przywódca okrążył wielki dół i podszedł
niepewnym krokiem do Tymona. Chłopi patrzyli na tę dziwną scenę
jak zaczarowani.
-
Cz… czo si… stao? - zaczął elf. Był kompletnie załamany. -
panie, dzie nas… se dzewo?
-
Niestety! - wtrącił się Ongus, zanim „pan” zdążył cokolwiek
powiedzieć. Tymon był mu niezmiernie wdzięczny. - Gdy oddaliłeś
się od nas, nawiedziły nas nikczemne krasnoludy, które w swojej
nienawiści podłożyły pod drzewo piekielne ognie, nie chcąc
dopuścić do elfickiego rozwoju! To wszystko, co zostało z naszego
biednego domu… - mówiąc to wyrwał Tymonowi drzewko i podał je
elfowi. - Wszyscy jesteśmy zrozpaczeni! - zakończył swoją
przemowę teatralnym gestem mającym oznaczać żal.
-
To straszne! - krzyknął ze łzami w oczach przybysz. - Czo my
terasz bidny poćnimy?
-
Musicie niestety wrócić do swojego starego plemienia i błagać o
wybaczenie! - Ongus widocznie polubił swoją rolę.
Elf
spuścił z niezmierzonym smutkiem głowę i ruszył w stronę swoich
rodaków. Gdy do nich doszedł, wyszepnął tylko kilka słów
tłumaczenia, a potem wszyscy odeszli. Zdumieni chłopi i Ongus z
Tymonem odprowadzali przybyszów wzrokiem.
-
Krasnoludy? - spytał nagle Tymon. - Coś ty im nagadał?
-
Nie zaszkodzi im, i tak nie żyją z nimi w przyjaźni - odparł
Ongus. - Niezły ubaw, swoją drogą. - roześmiał się.
-
Nie wiem, co się tu wyczynia, ale idę na piwo… - rzekł jeden z
chłopów. Wkrótce również inni usłuchali rozsądnego głosu
kompana i ruszyli do karczmy. Nad dołem stali już tylko Tymon i
Ongus.
-
No i spokój - zaczął Ongus. - dół się zakopie, zbudujesz sobie
domek…
-
Przynajmniej pole będzie zaorane ładnie… - próbował pocieszyć
się Tymon.
-
Szkoda, że żniwa… - zauważył złośliwie Ongus.
-
Ech, jakoś to będzie…
-
Masz przynajmniej nauczkę. A kiedy następnym razem znów zaswędzą
cię łapy - rzekł znów Ongus - daj znać, bo w końcu dojdzie do
jakiejś katastrofy…
Nagle
Tymon palnął się w czoło i zdjął but, w którym, zdawałoby
się, wieki temu schował nasiona drzewa. Wysypał je na rękę i
podał Ongusowi.
-
Mnie już się na nic chyba nie przydadzą, chociaż ciekawe, jak by
to było być królem…
Ongus
z obrzydzeniem odebrał swoją własność i schował do kieszeni
szaty.
-
Nie wiem, ale bez piwa byś chyba nie wytrzymał, co?
-
Ano… - zgodził się Tymon.
-
No to chodźmy korzystać z tego, z czego zrezygnować nie umiałeś.
Tymon
uśmiechnął się i odeszli, by dołączyć do swoich towarzyszy -
chłopów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz